Poruszę tutaj pewne zachowania, które mogą być obecne zarówno u narcyzów jak i ludzi porzuconych. Mają wspólne źródło jednak przesadą i głupotą byłoby mówienie, że każda osoba postępująca jak opiszę poniżej jest narcyzem! Bo narcyzm to choroba, którą stwierdzić powinien lekarz a nie my. Dlatego ujęłam to jako - narcystyczne podejście.
Narcyzm jest w każdym z nas.
Prawie zawsze słysząc słowo "narcyzm" wyobrażamy sobie kogoś opętanego
samouwielbieniem, żądzą kontroli itd. Zapominamy, że jest coś takiego
jak zdrowy narcyzm. Zdrowy narcyzm - to zdrowe poczucie własnej
wartości. Chodzi tu o partnerskie relacje z innymi, o traktowanie siebie
na równi z innymi - nie gorszego ani nie lepszego od innych! Bo nasze
potrzeby są tak samo ważne jak potrzeby innych.
Narcystyczne podejście do związków.
Partner
musi zaspokajać nasze własne potrzeby. Na przykład musi umieć gotować,
jeżeli tego nie zrobi to jest odrzucany, zastępowany. Nie ma znaczenia,
że jest kochający, miły, dobry. Zdanie, uczucia drugiej osoby się nie
liczą. Liczy się tylko wtedy gdy na coś nam się przydaje. Mamy określone priorytety i partner powinien je spełniać. W przeciwnym razie może być poniżany, upokarzany, lub porzucony. Często osoby
zależne wiążą się z takimi osobami - są uległe i cierpliwie znoszą
upokarzanie, bo boją się żyć same. Natomiast większość ludzi
porzuconych nastawia się na samodzielność, a
związek jest ułatwieniem.. i dopóki jest ułatwieniem jest podtrzymywany.
W rzeczywistości osoby, które podchodzą do związków narcystycznie nie są w stanie wejść w głębszą relacje partnerską. Nawet jeżeli na zewnątrz prezentują idealny obraz samego siebie, to w domu bardzo często rzucają garnkami, biją kota, i obrażają partnera. Zazdroszczą każdemu, komu wiedzie się lepiej. Jeżeli zdarzy im się długotrwały związek to często właśnie z osobą, która jest zależna i będzie ofiarą poniżania.
Poniżanie to metoda na odreagowanie zazdrości o innych, krzywd - większość osób zranić jest bardzo łatwo. Czasami jest to tragiczny sposób nakłonienia kogoś do robienia czegoś czego chcemy. Prawie nigdy nie działa.
Jeżeli nikt nic mi nie podarował, to muszę sam się o to zatroszczyć, żeby coś dostać - to jest zdanie, które jest obecne w życiu zarówno osób porzuconych jak i narcyzów. W obu przypadkach istnieją pewne podobieństwa. Porzucenie może zadecydować o tym, że podchodzimy do związków narcystycznie - czy jest to zawsze równoznaczne z narcyzmem? Nie.
niedziela, 17 lipca 2016
niedziela, 3 lipca 2016
Partnerstwo - Duże wymagania
Osoby porzucone mogą mieć zbyt duże wymagania co do partnera.
Wpływ na takie podejście ma wiele czynników, np. strach przed zawodem, przed porzuceniem.
W związku z czym ma miejsce bardzo ścisła selekcja. Chcemy ryzyko zawodu zniwelować do minimum. Jednak zranić nas mogą naprawdę błahe sprawy. Często osoby mające wygórowane wymagania nie wiążą się z nikim, bo nikt nie może ich naturalnie spełnić. Zawód który sprawili nam rodzice może być przenoszony na partnera. Nie chcemy by i on nas zawiódł. Takie osoby częściej skupiają się na drugiej stronie, nie zaś na sobie. To, że sami nie spełniamy wszystkich, a czasami nawet większości z wymagań partnera, a mimo to on chce z nami być - gdzieś nam umyka. Ważniejsze jest by to on był "idealny".
Trzeba zadać sobie pytanie czy naprawdę wszystkie nasze wymagania są niezbędne do tego by komuś "zaufać" i żeby związek był udany? Niekiedy, niektóre z naszych wymagań w praktyce stają się dla nas uciążliwe. Nie oznacza to, że liczba naszych wymagań zmniejsza się. Wcześniejsze wymaganie, które okazało się w rzeczywistości wadą zostaje zastępowane przeciwieństwem.
Jeżeli partner zawiedzie nas chociaż raz, jest surowo przez to oceniany. Nadszarpuje ranę z przeszłości. Często taka sytuacja prowadzi do zostawienia go. O ile w przypadkach uzasadnionych jak np. zdrada jest to zrozumiałe, o tyle niektóre osoby porzucone można zawieść bardzo łatwo np. otrzymując gorsze oceny na studiach, zapominając o urodzinach, nie robiąc czegoś, czego zrobienia powinniśmy się domyślić.
Wymagania jako środek przeciwzwiązkowy.
Niektórzy ludzie, nieświadomie lub świadomie mają wysokie wymagania, gdyż tym samym chronią się przed związkami. Umawiamy się z kimś na randkę, zaraz nachodzą nas myśli "ah tak, interesuje się piłką nożną, pewnie do tego pije i rozsypuje czipsy na podłogę, demoluje przystadionowe śmietniki - nie mogę być z takim człowiekiem, z kimś kto lubi piłkę nożną". Absurd? Myślę, że nie tak rzadki jak nam się wydaję. To ocenianie po pozorach, lub też dopowiadanie sobie czegoś co uzasadni naszą decyzję, że nie chcemy się wiązać. Tyle, że później okazuje się, że nie ma osoby z którą moglibyśmy się związać.
W skrajnych przypadkach, osoby takie dostosowują swoje wymagania do potencjalnego partnera - na zasadzie: jeżeli trafi nam się uczuciowy osobnik - to jednak wolimy człowieka z kamienia. Natomiast gdy trafi się nieuczuciowy - to jednak my chcemy aby nas ktoś tej miłości nauczył.
Nie wiemy czego chcemy albo próbujemy się tym sposobem uchronić od związku.
Pytanie tylko, czy naprawdę odpowiada nam samotność? Czy czujemy ukłucie żalu widząc udane związki? Jeżeli tak, to raczej życie w pojedynkę chcielibyśmy porzucić.
Wpływ na takie podejście ma wiele czynników, np. strach przed zawodem, przed porzuceniem.
W związku z czym ma miejsce bardzo ścisła selekcja. Chcemy ryzyko zawodu zniwelować do minimum. Jednak zranić nas mogą naprawdę błahe sprawy. Często osoby mające wygórowane wymagania nie wiążą się z nikim, bo nikt nie może ich naturalnie spełnić. Zawód który sprawili nam rodzice może być przenoszony na partnera. Nie chcemy by i on nas zawiódł. Takie osoby częściej skupiają się na drugiej stronie, nie zaś na sobie. To, że sami nie spełniamy wszystkich, a czasami nawet większości z wymagań partnera, a mimo to on chce z nami być - gdzieś nam umyka. Ważniejsze jest by to on był "idealny".
Trzeba zadać sobie pytanie czy naprawdę wszystkie nasze wymagania są niezbędne do tego by komuś "zaufać" i żeby związek był udany? Niekiedy, niektóre z naszych wymagań w praktyce stają się dla nas uciążliwe. Nie oznacza to, że liczba naszych wymagań zmniejsza się. Wcześniejsze wymaganie, które okazało się w rzeczywistości wadą zostaje zastępowane przeciwieństwem.
Jeżeli partner zawiedzie nas chociaż raz, jest surowo przez to oceniany. Nadszarpuje ranę z przeszłości. Często taka sytuacja prowadzi do zostawienia go. O ile w przypadkach uzasadnionych jak np. zdrada jest to zrozumiałe, o tyle niektóre osoby porzucone można zawieść bardzo łatwo np. otrzymując gorsze oceny na studiach, zapominając o urodzinach, nie robiąc czegoś, czego zrobienia powinniśmy się domyślić.
Wymagania jako środek przeciwzwiązkowy.
Niektórzy ludzie, nieświadomie lub świadomie mają wysokie wymagania, gdyż tym samym chronią się przed związkami. Umawiamy się z kimś na randkę, zaraz nachodzą nas myśli "ah tak, interesuje się piłką nożną, pewnie do tego pije i rozsypuje czipsy na podłogę, demoluje przystadionowe śmietniki - nie mogę być z takim człowiekiem, z kimś kto lubi piłkę nożną". Absurd? Myślę, że nie tak rzadki jak nam się wydaję. To ocenianie po pozorach, lub też dopowiadanie sobie czegoś co uzasadni naszą decyzję, że nie chcemy się wiązać. Tyle, że później okazuje się, że nie ma osoby z którą moglibyśmy się związać.
W skrajnych przypadkach, osoby takie dostosowują swoje wymagania do potencjalnego partnera - na zasadzie: jeżeli trafi nam się uczuciowy osobnik - to jednak wolimy człowieka z kamienia. Natomiast gdy trafi się nieuczuciowy - to jednak my chcemy aby nas ktoś tej miłości nauczył.
Nie wiemy czego chcemy albo próbujemy się tym sposobem uchronić od związku.
Pytanie tylko, czy naprawdę odpowiada nam samotność? Czy czujemy ukłucie żalu widząc udane związki? Jeżeli tak, to raczej życie w pojedynkę chcielibyśmy porzucić.
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Partnerstwo - Unikanie związków
Myślę, że wiele osób adoptowanych ma z tym problem. Z bliskością, z
zaufaniem, z budowaniem więzi. Ja jestem osobą stroniącą od związków. Na
pewno na to miało wpływ porzucenie, ale także odrzucenie - rodzice
adopcyjni również mnie nie zaakceptowali.
Unikanie związków
Wiele ludzi porzuconych nie umie, nie pozwala sobie być przez kogoś kochanym. Boi się tego, lub też uważają, że na to nie zasługują. Oczywiście wynika to z dzieciństwa. Zostaliśmy sami, oddali nas. Miłośc poprzez dotyk również jest zaburzona jeżeli przebywaliśmy w domu dziecka. Niektóre dzieci tłumaczą sobie porzucenie tym, że to ich wina. Przecież dorośli zawsze mają rację. Takie przekonanie może być podświadomie przeniesione do dorosłości nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W wyniku czego uważamy się nie wartych miłości. Czujemy się pokrzywdzeni patrząc na innych jak są szczęśliwi w związkach. Natomiast my ich unikamy, żyjemy w przekonaniu, że nie umiemy, lub, że są nieistotne.
Poczucie pokrzywdzenia
Gdzieś tam, pod obojczykiem jest rana, czujemy się zranieni. Odebrano nam coś, co inni otrzymali i co inni potrafią okazać. A my? Nie czujemy się zdolni ani do okazania, ani do otrzymania... Szczególnie widać to u małych dzieci, gdy z zazdrością patrzą jak rodzice całują i przytulają dzieci - a one cieszą się z tego, podczas gdy my takie rzeczy odczuwamy jako nieprzyjemne. Zastanów się co czułeś widząc miłość okazywaną i akceptowaną?
Miłość to słabość
Jeżeli rodzice adopcyjni również nas miłości nie nauczyli to sytuacja jest bardzo ciężka. Osoby wrażliwe, uczuciowe mogą być postrzegane jako "słabe" i niegodne uwagi.
Bo w życiu trzeba mieć twardą dupę, a każde okazanie emocji to słabość. Liczy się przeżycie a nie jakieś bzdury o "miłości". Miłości nie ma!
Odrzucenie.
Nie chcemy być ponownie porzuceni. Jak tego uniknąć? Oczywiście nie wiązać się. Można także próbować, ale gdy partner nas zawiedzie zostaje odrzucony. Nadszarpuje naszą ranę z dzieciństwa - zawodzi nasze oczekiwania. Lepiej pierwsza powiedzieć stop - niż żeby to druga strona nas zostawiła. Strach przed ponownym porzuceniem jest bardzo silny.
Unikanie związków
Wiele ludzi porzuconych nie umie, nie pozwala sobie być przez kogoś kochanym. Boi się tego, lub też uważają, że na to nie zasługują. Oczywiście wynika to z dzieciństwa. Zostaliśmy sami, oddali nas. Miłośc poprzez dotyk również jest zaburzona jeżeli przebywaliśmy w domu dziecka. Niektóre dzieci tłumaczą sobie porzucenie tym, że to ich wina. Przecież dorośli zawsze mają rację. Takie przekonanie może być podświadomie przeniesione do dorosłości nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W wyniku czego uważamy się nie wartych miłości. Czujemy się pokrzywdzeni patrząc na innych jak są szczęśliwi w związkach. Natomiast my ich unikamy, żyjemy w przekonaniu, że nie umiemy, lub, że są nieistotne.
Poczucie pokrzywdzenia
Gdzieś tam, pod obojczykiem jest rana, czujemy się zranieni. Odebrano nam coś, co inni otrzymali i co inni potrafią okazać. A my? Nie czujemy się zdolni ani do okazania, ani do otrzymania... Szczególnie widać to u małych dzieci, gdy z zazdrością patrzą jak rodzice całują i przytulają dzieci - a one cieszą się z tego, podczas gdy my takie rzeczy odczuwamy jako nieprzyjemne. Zastanów się co czułeś widząc miłość okazywaną i akceptowaną?
Miłość to słabość
Jeżeli rodzice adopcyjni również nas miłości nie nauczyli to sytuacja jest bardzo ciężka. Osoby wrażliwe, uczuciowe mogą być postrzegane jako "słabe" i niegodne uwagi.
Bo w życiu trzeba mieć twardą dupę, a każde okazanie emocji to słabość. Liczy się przeżycie a nie jakieś bzdury o "miłości". Miłości nie ma!
Odrzucenie.
Nie chcemy być ponownie porzuceni. Jak tego uniknąć? Oczywiście nie wiązać się. Można także próbować, ale gdy partner nas zawiedzie zostaje odrzucony. Nadszarpuje naszą ranę z dzieciństwa - zawodzi nasze oczekiwania. Lepiej pierwsza powiedzieć stop - niż żeby to druga strona nas zostawiła. Strach przed ponownym porzuceniem jest bardzo silny.
środa, 22 czerwca 2016
Czy czuję się chciany?
To podstawowe pytanie na które powinien odpowiedzieć sobie każdy człowiek. Naturalnie, dzieci adoptowane w większości czują się nie chciane. Porzucenie podświadomie silnie wpłynęło na to poczucie.
Osoby które czują się niechciane, przeważnie będą próbowały wypracować możliwość bycia na tym świecie. Na przykład poprzez sukces. Jeżeli dużo w życiu osiągnę, to jestem przydatny, to mam prawo być na tym świecie. Oczywiście takie myślenie jest złe i nieprawdziwe, ponieważ KAŻDY CZŁOWIEK ma prawo do bycia na ziemi i jest tak samo ważny jak inny. Prawa do życia nie trzeba wypracowywać. Nie trzeba udowadniać. Jednak poczucie bycia niechcianym nie tylko u większości dzieci adoptowanych, ale także u dzieci, których rodzice odtrącili je we wczesnym dzieciństwie, jest bardzo silne i czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak bardzo potrafi wpłynąć na nasze życie.
Innym sposobem na "wypracowanie prawa do życia" jest przesadne pomaganie innym. Jeżeli pomagam jestem potrzebny, na coś się przydaję, mam prawo - ponieważ pomagam. Często takie osoby aż zanadto pomagają innym, tym samym zaniedbując własne potrzeby. Pomagają także ludziom, którzy tej pomocy nie są po prostu warci. Potrafią również narzucić swoją pomocną dłoń. Jest to jeden ze sposobów walki z poczuciem bycia niechcianym.
Oczywiście sposobów walki z tym uczuciem jest wiele, możliwe, że nawet tyle ilu jest ludzi na ziemi. Każdy radzi sobie z tym jakoś. Pomaganie, sukces, objadanie się, narkotyki, uzależnienia, przekora, wyzywający image - to niektóre ze sposobów.
Naturalnie poczucie bycia chcianym wpływa na poczucie własnej tożsamości. Jeżeli czujemy się niechciani to będziemy mieć także niską samoocenę. Rana zadana we wczesnym dzieciństwie bardzo boli. Potrafi zdeterminować całe późniejsze życie, zwłaszcza gdy odtrącili nas nie tylko rodzice biologiczni ale i adopcyjni. Może to wpływać, i prawie zawsze wpływa na umiejętność tworzenia związków. Lęk przed tym, niechęć wynika z zawodu i strachu przed kolejnym porzuceniem.
Każdy człowiek chce czuć się potrzebny i chciany.
Walka z wiatrakami polegająca na wypracowywaniu prawa do życia nigdy się nie uda. Prawa do życia nie można wypracować. Ono po prostu jest! I trzeba zdać sobie sprawę, że mam tak samo prawo być tutaj, jak każdy inny. Niczego nie muszę udowadniać. Jestem równy, nie jestem gorszy.
Jeżeli zdajemy sobie sprawę z problemu możemy sięgnąć jeszcze do pewnej autoterapii.
Jest to metoda, która mnie zaszokowała, a żeby ją zastosować potrzebujemy - tylko naszej wyobraźni :) ! Na czym polega?
Otóż przypomnijmy sobie pewną bolesną sytuację z dzieciństwa. Jakąkolwiek, która zapadła nam w pamięć. Wyobraźmy sobie siebie na przykład jak siedzimy w ławce w szkole i zostaliśmy wyszydzeni. Teraz jako osoby dorosłe - pocieszmy siebie - tego małego chłopca, dziewczynkę. Oczywiście wszystko musimy sobie wyobrazić ale gdy jesteśmy sami - możemy słowa pociechy wypowiadać na głos. A więc nasze "dorosłe ja" pociesza "dziecięce ja". Spróbujcie. Nie oczekujmy oczywiście fajerwerków i nagłego ozdrowienia, fanfar i przemarszu żołnierskiego - nie. Dajcie znać w komentarzach czy poczuliście jakakolwiek ulgę po takiej autoterapii.
Osoby które czują się niechciane, przeważnie będą próbowały wypracować możliwość bycia na tym świecie. Na przykład poprzez sukces. Jeżeli dużo w życiu osiągnę, to jestem przydatny, to mam prawo być na tym świecie. Oczywiście takie myślenie jest złe i nieprawdziwe, ponieważ KAŻDY CZŁOWIEK ma prawo do bycia na ziemi i jest tak samo ważny jak inny. Prawa do życia nie trzeba wypracowywać. Nie trzeba udowadniać. Jednak poczucie bycia niechcianym nie tylko u większości dzieci adoptowanych, ale także u dzieci, których rodzice odtrącili je we wczesnym dzieciństwie, jest bardzo silne i czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak bardzo potrafi wpłynąć na nasze życie.
Innym sposobem na "wypracowanie prawa do życia" jest przesadne pomaganie innym. Jeżeli pomagam jestem potrzebny, na coś się przydaję, mam prawo - ponieważ pomagam. Często takie osoby aż zanadto pomagają innym, tym samym zaniedbując własne potrzeby. Pomagają także ludziom, którzy tej pomocy nie są po prostu warci. Potrafią również narzucić swoją pomocną dłoń. Jest to jeden ze sposobów walki z poczuciem bycia niechcianym.
Oczywiście sposobów walki z tym uczuciem jest wiele, możliwe, że nawet tyle ilu jest ludzi na ziemi. Każdy radzi sobie z tym jakoś. Pomaganie, sukces, objadanie się, narkotyki, uzależnienia, przekora, wyzywający image - to niektóre ze sposobów.
Naturalnie poczucie bycia chcianym wpływa na poczucie własnej tożsamości. Jeżeli czujemy się niechciani to będziemy mieć także niską samoocenę. Rana zadana we wczesnym dzieciństwie bardzo boli. Potrafi zdeterminować całe późniejsze życie, zwłaszcza gdy odtrącili nas nie tylko rodzice biologiczni ale i adopcyjni. Może to wpływać, i prawie zawsze wpływa na umiejętność tworzenia związków. Lęk przed tym, niechęć wynika z zawodu i strachu przed kolejnym porzuceniem.
Każdy człowiek chce czuć się potrzebny i chciany.
Walka z wiatrakami polegająca na wypracowywaniu prawa do życia nigdy się nie uda. Prawa do życia nie można wypracować. Ono po prostu jest! I trzeba zdać sobie sprawę, że mam tak samo prawo być tutaj, jak każdy inny. Niczego nie muszę udowadniać. Jestem równy, nie jestem gorszy.
Jeżeli zdajemy sobie sprawę z problemu możemy sięgnąć jeszcze do pewnej autoterapii.
Jest to metoda, która mnie zaszokowała, a żeby ją zastosować potrzebujemy - tylko naszej wyobraźni :) ! Na czym polega?
Otóż przypomnijmy sobie pewną bolesną sytuację z dzieciństwa. Jakąkolwiek, która zapadła nam w pamięć. Wyobraźmy sobie siebie na przykład jak siedzimy w ławce w szkole i zostaliśmy wyszydzeni. Teraz jako osoby dorosłe - pocieszmy siebie - tego małego chłopca, dziewczynkę. Oczywiście wszystko musimy sobie wyobrazić ale gdy jesteśmy sami - możemy słowa pociechy wypowiadać na głos. A więc nasze "dorosłe ja" pociesza "dziecięce ja". Spróbujcie. Nie oczekujmy oczywiście fajerwerków i nagłego ozdrowienia, fanfar i przemarszu żołnierskiego - nie. Dajcie znać w komentarzach czy poczuliście jakakolwiek ulgę po takiej autoterapii.
niedziela, 12 czerwca 2016
Kiedy kształtuje się poczucie własnej wartości?
W dużej mierze w ciągu pierwszych 6 lat życia. Z tą teorią zgadza się większość naukowców.
Już w okresie ciąży dziecko wyczuwa emocje matki. Jeżeli matka ma wątpliwości, jest zlękniona, zła, nie chce dziecka itp. Jest to w jakiś sposób odczuwane przez nienarodzonego malucha.
Pierwszy rok życia jest niezwykle ważny dla psychiki dziecka. Maluch uczy się poprzez "pamięć ciała". Głaskanie, dotykanie, jest odbierane przez ciało jako przyjemne i zapamiętywane pomimo, że noworodek nie umie mówić itd. Jeżeli dziecku brak takich gestów ze strony rodziców, a przede wszystkim matki, bardzo prawdopodobnym jest, że w późniejszych latach będzie odczuwał kontakt fizyczny jako nieprzyjemny.
Pierwotna ufność i poczucie bycia chcianym tworzą podstawę pozytywnego rozwoju poczucia własnej wartości.
W pierwszej kolejności dzieci chcą być akceptowane przez rodziców. Rodzice najmocniej kształtują nasze poczucie wartości. Gdy oni zawodzą i nie czujemy się przez nich akceptowani, będzie się to za nami ciągnąć całe życie. Będziemy czuć, że nie spełniamy ich oczekiwań, i będziemy próbować znaleźć ukojenie dla tego negatywnego uczucia.
Sposobów walki z poczuciem nie akceptacji jest wiele. Niektórzy popadają w uzależnienia, inni starają się pracą stłumić te negatywne emocje, myślą, że sukcesy polepszą ich poczucie własnej wartości - tak się jednak nie dzieje. Radość z sukcesu trwa krótko. Opiszę ten problem w osobnym poście.
Na dalszym etapie dzieci pragną być akceptowane w grupie. Chcą się czuć ważne i lubiane Odrzucenie ze strony grupy mocno zakorzenia się w psychice dziecka.
Na przykład w rodzinach emigrantów dzieci intuicyjnie wiedzą, że czasem nie są mile widziane w pewnych grupach. Osoby które doświadczyły odrzucenia ze strony rówieśników w dzieciństwie najprawdopodobniej w przyszłości będą nieufne, a także nie będą wierzyć w to, że mogą być przez kogoś lubiane.
Jednak poczucie własnej wartości chociaż silnie ukierunkowywane już w dzieciństwie może ulegać stopniowym zmianom. Wymaga to jednak pracy nad sobą.
- czy czuję się chciany ?
- czy czuję, że spełniłem oczekiwania rodziców?
- czy czuję się wystarczająco kochany?
- czy czuję się pokrzywdzony?
Poczucie bycia chcianym, spełnienia oczekiwań i bycia kochanym najmocniej kształtuje poczucie wartości.
Już w okresie ciąży dziecko wyczuwa emocje matki. Jeżeli matka ma wątpliwości, jest zlękniona, zła, nie chce dziecka itp. Jest to w jakiś sposób odczuwane przez nienarodzonego malucha.
Pierwszy rok życia jest niezwykle ważny dla psychiki dziecka. Maluch uczy się poprzez "pamięć ciała". Głaskanie, dotykanie, jest odbierane przez ciało jako przyjemne i zapamiętywane pomimo, że noworodek nie umie mówić itd. Jeżeli dziecku brak takich gestów ze strony rodziców, a przede wszystkim matki, bardzo prawdopodobnym jest, że w późniejszych latach będzie odczuwał kontakt fizyczny jako nieprzyjemny.
Pierwotna ufność i poczucie bycia chcianym tworzą podstawę pozytywnego rozwoju poczucia własnej wartości.
W pierwszej kolejności dzieci chcą być akceptowane przez rodziców. Rodzice najmocniej kształtują nasze poczucie wartości. Gdy oni zawodzą i nie czujemy się przez nich akceptowani, będzie się to za nami ciągnąć całe życie. Będziemy czuć, że nie spełniamy ich oczekiwań, i będziemy próbować znaleźć ukojenie dla tego negatywnego uczucia.
Sposobów walki z poczuciem nie akceptacji jest wiele. Niektórzy popadają w uzależnienia, inni starają się pracą stłumić te negatywne emocje, myślą, że sukcesy polepszą ich poczucie własnej wartości - tak się jednak nie dzieje. Radość z sukcesu trwa krótko. Opiszę ten problem w osobnym poście.
Na dalszym etapie dzieci pragną być akceptowane w grupie. Chcą się czuć ważne i lubiane Odrzucenie ze strony grupy mocno zakorzenia się w psychice dziecka.
Na przykład w rodzinach emigrantów dzieci intuicyjnie wiedzą, że czasem nie są mile widziane w pewnych grupach. Osoby które doświadczyły odrzucenia ze strony rówieśników w dzieciństwie najprawdopodobniej w przyszłości będą nieufne, a także nie będą wierzyć w to, że mogą być przez kogoś lubiane.
Jednak poczucie własnej wartości chociaż silnie ukierunkowywane już w dzieciństwie może ulegać stopniowym zmianom. Wymaga to jednak pracy nad sobą.
Poczucie własnej wartości w dużej mierze determinuje powodzenie naszych zamierzeń.
Pytania na które powinno się odpowiedzieć:- czy czuję się chciany ?
- czy czuję, że spełniłem oczekiwania rodziców?
- czy czuję się wystarczająco kochany?
- czy czuję się pokrzywdzony?
Poczucie bycia chcianym, spełnienia oczekiwań i bycia kochanym najmocniej kształtuje poczucie wartości.
niedziela, 5 czerwca 2016
Skad się biorą cechy depresyjne u dzieci?
Problem skłonności do depresji według psychologów powstaje w pierwszych latach życia. W najwcześniejszym okresie chodzi o to, żeby nakarmić niemowlę, zaopiekować się nim, zapewnić bliskość. Gdy opieka nie jest wystarczająca może rozwinąć się skłonność do depresyjnych nastroi. Dziecko czuje się smutne, wycofuje się do własnego świata Czuje się niezaspokojone.
Jednak nie tylko z powodu zaniedbań mogą rozwijać się u dzieci cechy depresyjne. Także rodzice skłonni do depresji, przekazują swoim dzieciom określone postawy "życie jest ciężkie, nie mamy się z czego cieszyć, jesteśmy biedni, co będzie dalej". Utrudniamy tym samym naszym dzieciom okazywanie radości! Mimo, że mają się z czego cieszyć, mogą czuć ograniczenie, że nie zasłużyli na radość, lub też wątpliwości co do jej słuszności. Także może pojawić się uczucie, że "po radości na pewno wystąpi coś złego, więc nie ma się z czego cieszyć"
Osoby depresyjne przeważnie kierują emocje takie jak złość i gniew przeciwko sobie. Tłumią je i topią się w nich. Taka postawa nasila inne uczucia takie jak smutek i melancholia. Jeżeli tłumimy jakieś emocje to automatycznie inne zyskują na sile. Jeżeli ktoś nie umie wyrażać swoich emocji nasila się u niego lęk. Dostrzega samych potężnych przeciwników wokół siebie. Inne osoby oczywiście wyczuwają słabość i próbują ją wykorzystać, bo to "ktoś kto się nie umie bronić".
W osobach o dominujących cechach depresyjnych najczęściej blokowanymi emocjami jest oczywiście radość, oraz gniew.
W większości tacy ludzie próbują sobie radzić w życiu poprzez przesadne dostosowywanie się i unikanie konfliktów. Wyrażają oni swoje potrzeby przez narzekanie i lamentowanie, przy czym te zachowania wcale nie umniejszają wewnętrznego bólu. Wręcz przeciwnie mogą jeszcze pogorszyć sytuację i nasilić poczucie "jestem ciężarem" ponieważ często ludzie przesadnie narzekający są uciążliwi dla otoczenia.
Dzieci ze skłonnościami depresyjnymi potrafią się odgrodzić i powiedzieć "nie" chociaż tak naprawdę chętnie by coś zrobiły. Natomiast dorośli z cechami osobowości depresyjnej czasami poświęcają się dla innych całkowicie rezygnując ze swoich potrzeb, których zresztą nie potrafią wyrazić. Czy jest coś złego w poświęcaniu się dla innych? Nie, jeżeli jest to robione z umiarem i nie zaniedbujemy własnych potrzeb i pragnień. Jeśli ktoś nie umie zaspokoić własnych potrzeb będzie cierpiał.
Osoby o depresyjnej strukturze osobowości najczęściej wybierają dominujących partnerów. Z jednej strony by znaleźć w nich oparcie, a z drugiej by uciec od odpowiedzialności. Dopóki wierzymy, że pomoc przyjdzie wyłącznie z zewnątrz, bez pracy nad wewnętrznym ja, i bez naszej wiary w sukces, dopóty nasze nastroje depresyjne nie znikną.
Jednak nie tylko z powodu zaniedbań mogą rozwijać się u dzieci cechy depresyjne. Także rodzice skłonni do depresji, przekazują swoim dzieciom określone postawy "życie jest ciężkie, nie mamy się z czego cieszyć, jesteśmy biedni, co będzie dalej". Utrudniamy tym samym naszym dzieciom okazywanie radości! Mimo, że mają się z czego cieszyć, mogą czuć ograniczenie, że nie zasłużyli na radość, lub też wątpliwości co do jej słuszności. Także może pojawić się uczucie, że "po radości na pewno wystąpi coś złego, więc nie ma się z czego cieszyć"
Osoby depresyjne przeważnie kierują emocje takie jak złość i gniew przeciwko sobie. Tłumią je i topią się w nich. Taka postawa nasila inne uczucia takie jak smutek i melancholia. Jeżeli tłumimy jakieś emocje to automatycznie inne zyskują na sile. Jeżeli ktoś nie umie wyrażać swoich emocji nasila się u niego lęk. Dostrzega samych potężnych przeciwników wokół siebie. Inne osoby oczywiście wyczuwają słabość i próbują ją wykorzystać, bo to "ktoś kto się nie umie bronić".
W osobach o dominujących cechach depresyjnych najczęściej blokowanymi emocjami jest oczywiście radość, oraz gniew.
W większości tacy ludzie próbują sobie radzić w życiu poprzez przesadne dostosowywanie się i unikanie konfliktów. Wyrażają oni swoje potrzeby przez narzekanie i lamentowanie, przy czym te zachowania wcale nie umniejszają wewnętrznego bólu. Wręcz przeciwnie mogą jeszcze pogorszyć sytuację i nasilić poczucie "jestem ciężarem" ponieważ często ludzie przesadnie narzekający są uciążliwi dla otoczenia.
Dzieci ze skłonnościami depresyjnymi potrafią się odgrodzić i powiedzieć "nie" chociaż tak naprawdę chętnie by coś zrobiły. Natomiast dorośli z cechami osobowości depresyjnej czasami poświęcają się dla innych całkowicie rezygnując ze swoich potrzeb, których zresztą nie potrafią wyrazić. Czy jest coś złego w poświęcaniu się dla innych? Nie, jeżeli jest to robione z umiarem i nie zaniedbujemy własnych potrzeb i pragnień. Jeśli ktoś nie umie zaspokoić własnych potrzeb będzie cierpiał.
Osoby o depresyjnej strukturze osobowości najczęściej wybierają dominujących partnerów. Z jednej strony by znaleźć w nich oparcie, a z drugiej by uciec od odpowiedzialności. Dopóki wierzymy, że pomoc przyjdzie wyłącznie z zewnątrz, bez pracy nad wewnętrznym ja, i bez naszej wiary w sukces, dopóty nasze nastroje depresyjne nie znikną.
niedziela, 29 maja 2016
Wdzięczność to pączek, który trzeba pielęgnować
Zastanówmy się, jak wiele razy nie docenialiśmy czyjejś życzliwości?
Ile razy zdarzyło się nam zadrwić z niej?"Upiekłam na święta masę ciast, a ciocia Krysia przyniosła tylko własnoręcznie robione ozdoby, nie kosztowały jej ani grosza!"
Żeby wychować wdzięczne dzieci należałoby samemu okazywać wdzięczność. Więc zamiast szydzić z prezentu cioci Krysi powiedzmy - "popatrz ile czasu musiała poświęcić ciocia na zrobienie tych ozdób!"
Nie doceniając, a czasami nawet szydząc z czyjejś życzliwości może się okazać, że wychowujemy małych materialistów. No bo jak to dostałem TYLKO SAMSUNGA a nie IPHONA? toż to badziew jest. Dlaczego mam się z tego cieszyć? Dlaczego mam się cieszyć z jakiś drobiazgów. Mało tego, wychowywujemy również ludzi, którzy w przyszłości mogą mieć duże problemy z tym by w ogóle cieszyć się z życia! Błądzenie głową w chmurach i oczekiwanie kosmosów zdecydowanie przysporzy nam więcej zmartwień i rozczarowań niż dostrzeganie tego co mamy.
Przytoczę teraz historię pewnej matki, która nie nauczyła swoich synów wdzięczności. No właśnie czy wdzięczności trzeba dziecko nauczyć? Moim zdaniem tak.
Kobieta miała 2 synów, wyszła ponownie za mąż za człowieka, który ciężko pracował w fabryce. Harował tam jak niewolnik, a zarabiał niewiele. Nowa małżonka przekonała go by wyłożył pieniądze na kształcenie jej synów. Owy mężczyzna musiał znaleźć sobie jeszcze fuchy, by stało się to możliwe. Wychodził rano a wracał, nocą i tak przez 4 lata. O dziwo nigdy nie narzekał! A naprawdę miał powody do narzekania, bo pasierbowie nigdy nie okazali mu wdzięczności. Uważali oni, że jest to normalne, podobnie jak ich matka. Nie przyszło im do głowy, że są winni chociażby podziękowanie.
Kogo w tej sytuacji winić? Tych chłopców? Po części tak, ale równie winna jest ich matka. Nie chciała by jej synowie wchodzili w życie z długiem wdzięczności. Zostawiła ich z poczuciem, że pewne rzeczy im się od życia należą. Później owi chłopcy popadli w długi i kłopoty finansowe, a ich ojczym strasznie podupadł na zdrowiu. Był dobrym człowiekiem, czasem zbyt uległym, a dobrzy ludzie niestety najbardziej w życiu cierpią. Czy mówię, że nie powinien pracować na swoich pasierbów? Oczywiście, że nie ! Zwracam uwagę na to, że nigdy nie przyszło im przez myśl "Tato dziękuję, że zapewniłeś mi takie wykształcenie". Oni widząc ojczyma wracającego nocą nie myśleli o tym, jak wiele zdrowia go to wszystko kosztuje.
Jak często nie doceniamy czyiś starań, a jak często szarpiemy nasze nerwy podsycaniem żalu o to jaki prezent dostaliśmy? Bo ktoś dostał lepszy, bo komuś lepiej w życiu się powodzi itd. Czy nie lepiej byłoby kierować się zdaniem ,, Niech Pan Bóg/Los da wszystkim ale i o mnie nie zapomni"?
Jak uważacie, czy wdzięczności trzeba dzieci uczyć?
poniedziałek, 23 maja 2016
Jak nie chorować z powodu niewdzięczności? Część 2.
Tak naprawdę to czego brak ludziom chorym z niewdzięczności to troska i miłość. Jednak poczucie żalu i gorycz mogą doprowadzić do tego, że sami nie będą w stanie kochać i troszczyć się.
Czy miłość i opieka do dziecka to koszt który musi zostać nam zwrócony? Jeżeli będziemy tak postrzegać nasze życie, skończymy z załamaniem nerwowym i żalem, rozgoryczeniem, będziemy podduszać wszystkich wokół swoimi narzekaniami, a przede wszystkim oduczymy się jak to jest być szczęśliwym.
Wymagając wdzięczności możemy skazać się na samotność.
Tym bardziej dziwi mnie postawa niektórych rodziców, którzy zdecydowali się na dziecko i chorują z powodu niewdzięczności. Dosłownie doprowadzają się do choroby. Nawiązując do poprzedniej historii o ciotce i 2 bratanicach. Ciotka zrobiła dla nich to wszystko, bo chciała to zrobić. Potem niestety rozchorowała się z samotności i zapomniała co nią wtedy kierowało.
My, adoptując dziecko chcemy je. Decydujemy się na dziecko i jesteśmy tego pewni. Odwiedzamy, bawimy się z nim, poznajemy. Nie tak jak w przypadku "wpadki". Wszyscy wiemy, że istnieją dzieci zaplanowane i nie.
Czujemy się gotowi je pokochać bezwarunkowo. Takim jakie będzie. Kiedy więc ta miłość do niego staję się płatna? Czy adoptujemy dziecko bo chcemy zaopiekować się nowym życiem, czy bo chcemy jego wdzięczności? Te pytania tyczą się zarówno rodziców biologicznych jak i adopcyjnych.
Jeżeli martwimy się kto się nami zaopiekuje na starość czy nie lepiej po prostu odkładać pieniądze na dom opieki niż decydować się na dziecko w którym zaszczepimy taki obowiązek?
Pod WDZIĘCZNOŚCIĄ tak naprawdę kryje się ZAWSZE coś innego. Zastanówmy się czego nam brakuje?
Miłości, zrozumienia, troski. Czy tak naprawdę ciąży nam samotność i pod postacią wdzięczności "zmuszamy" innych by zwrócili na nas uwagę?
Oczywiście nie wszyscy rodzice oczekują wdzięczności. Ale czasami zdarzają się tacy, którzy z tego powodu "chorują" :)
Czy miłość i opieka do dziecka to koszt który musi zostać nam zwrócony? Jeżeli będziemy tak postrzegać nasze życie, skończymy z załamaniem nerwowym i żalem, rozgoryczeniem, będziemy podduszać wszystkich wokół swoimi narzekaniami, a przede wszystkim oduczymy się jak to jest być szczęśliwym.
Wymagając wdzięczności możemy skazać się na samotność.
Tym bardziej dziwi mnie postawa niektórych rodziców, którzy zdecydowali się na dziecko i chorują z powodu niewdzięczności. Dosłownie doprowadzają się do choroby. Nawiązując do poprzedniej historii o ciotce i 2 bratanicach. Ciotka zrobiła dla nich to wszystko, bo chciała to zrobić. Potem niestety rozchorowała się z samotności i zapomniała co nią wtedy kierowało.
My, adoptując dziecko chcemy je. Decydujemy się na dziecko i jesteśmy tego pewni. Odwiedzamy, bawimy się z nim, poznajemy. Nie tak jak w przypadku "wpadki". Wszyscy wiemy, że istnieją dzieci zaplanowane i nie.
Czujemy się gotowi je pokochać bezwarunkowo. Takim jakie będzie. Kiedy więc ta miłość do niego staję się płatna? Czy adoptujemy dziecko bo chcemy zaopiekować się nowym życiem, czy bo chcemy jego wdzięczności? Te pytania tyczą się zarówno rodziców biologicznych jak i adopcyjnych.
Jeżeli martwimy się kto się nami zaopiekuje na starość czy nie lepiej po prostu odkładać pieniądze na dom opieki niż decydować się na dziecko w którym zaszczepimy taki obowiązek?
Pod WDZIĘCZNOŚCIĄ tak naprawdę kryje się ZAWSZE coś innego. Zastanówmy się czego nam brakuje?
Miłości, zrozumienia, troski. Czy tak naprawdę ciąży nam samotność i pod postacią wdzięczności "zmuszamy" innych by zwrócili na nas uwagę?
Oczywiście nie wszyscy rodzice oczekują wdzięczności. Ale czasami zdarzają się tacy, którzy z tego powodu "chorują" :)
piątek, 20 maja 2016
Jak nie chorować z powodu niewdzięczności? Część 1.
Niektórzy rodzice mają tendencję do zamartwiania się z powodu niewdzięczności dzieci. Jak sobie poradzić z niewdzięcznością?
Na początek historia pewnej kobiety.
Cierpiała ona przede wszystkim na samotność. Tylko i wyłącznie z powodu własnego charakteru. Każdemu kto ją odwiedzał żaliła się ile to nie zrobiła dla swoich 2 bratanic. Potrafiła o tym opowiadać godzinami każdemu kto ją odwiedzał. Ile to ona dla nich nie zrobiła. Pielęgnowała gdy były chore. Zmieniała im pieluchy. Mieszkały u niej przez parę lat. Jednej sfinansowała nawet studia.
Czy bratanice ją odwiedzają? Tak, ale bardzo rzadko i głównie z poczucia obowiązku. Wiedzą, że przez wiele godzin będą słuchały niedosłownych wyrzutów. Niekończącej się litanii żalu, narzekań, współczucia ciotki do samej siebie. Ile to ja dla was nie zrobiłam ! A wy odwiedzacie mnie tak rzadko.
Może gdybyś ciociu na każdym kroku nie wymagała poklasku za swoje czyny, częściej byśmy cię odwiedzały. A tak całymi godzinami słuchamy wyrzutów. W zasadzie to nic innego nie masz nam do powiedzenia jak to, że powinnyśmy być wdzięczne. I mimo, że jesteśmy wdzięczne to ty oczekujesz nie wiem? Nagrody Nobla? Co powinnyśmy zrobić, żebyś czuła się doceniona? Odwiedzamy cię coraz rzadziej bo już nie możemy znieść Twojego rozgoryczenia. A Ty sama podsycasz swój żal i urazę, zniechęcając do siebie wszystkich wokół.
Czy owa kobieta była zmuszona do zajmowania się bratanicami? Oczywiście, że nie. Zrobiło to bo je kochała! Była dla nich dobra, bo je kochała. Więc kiedy ta miłość ustała? Czy była warunkowa? Będę się wami zajmować i opiekować ale w zamian za to...
Tej kobiecie tak naprawdę brakuje miłości i troski. Ale ona uważa, że potrzebuje wdzięczności. Nigdy. Nigdy się jej nie doczeka, ponieważ jej WYMAGA. Jedyny sposób by otrzymać miłość, troskę to przestać o nią prosić i samemu zacząć ją okazywać z nadzieją na wzajemność, a nie należnością wzajemności
A teraz historia ludzi szczęśliwych.
Pewna kobieta wzięła do siebie swoją matkę. Mimo, że miała sporą rodzinę - męża i 6 dzieci. Później wzięła do siebie również swoją teściową. Czy te staruszki sprawiały jej problemy? Bardzo często, jednak kochała je. To, że je przyjęła było dla niej naturalne - po prostu coś co chciała zrobić, nie myślała o tym jak bardzo szlachetne to jest. Później sama ona została wdową z 5-ciorgiem dorosłych dzieci. 5 rodzin chciało ją u siebie! Z wdzięczności? Nie! Z miłości. Czystej miłości. Jej dzieci ją uwielbiają. Nic dziwnego. Nauczyła je miłości i życzliwości więc one teraz odwdzięczają się jej tym samym.
Kogo winić gdy nasze dziecko nie jest wdzięczne? Je czy może nas samych? Kto powinien je nauczyć wdzięczności? Temat będę kontynuować.
Na początek historia pewnej kobiety.
Cierpiała ona przede wszystkim na samotność. Tylko i wyłącznie z powodu własnego charakteru. Każdemu kto ją odwiedzał żaliła się ile to nie zrobiła dla swoich 2 bratanic. Potrafiła o tym opowiadać godzinami każdemu kto ją odwiedzał. Ile to ona dla nich nie zrobiła. Pielęgnowała gdy były chore. Zmieniała im pieluchy. Mieszkały u niej przez parę lat. Jednej sfinansowała nawet studia.
Czy bratanice ją odwiedzają? Tak, ale bardzo rzadko i głównie z poczucia obowiązku. Wiedzą, że przez wiele godzin będą słuchały niedosłownych wyrzutów. Niekończącej się litanii żalu, narzekań, współczucia ciotki do samej siebie. Ile to ja dla was nie zrobiłam ! A wy odwiedzacie mnie tak rzadko.
Może gdybyś ciociu na każdym kroku nie wymagała poklasku za swoje czyny, częściej byśmy cię odwiedzały. A tak całymi godzinami słuchamy wyrzutów. W zasadzie to nic innego nie masz nam do powiedzenia jak to, że powinnyśmy być wdzięczne. I mimo, że jesteśmy wdzięczne to ty oczekujesz nie wiem? Nagrody Nobla? Co powinnyśmy zrobić, żebyś czuła się doceniona? Odwiedzamy cię coraz rzadziej bo już nie możemy znieść Twojego rozgoryczenia. A Ty sama podsycasz swój żal i urazę, zniechęcając do siebie wszystkich wokół.
Czy owa kobieta była zmuszona do zajmowania się bratanicami? Oczywiście, że nie. Zrobiło to bo je kochała! Była dla nich dobra, bo je kochała. Więc kiedy ta miłość ustała? Czy była warunkowa? Będę się wami zajmować i opiekować ale w zamian za to...
Tej kobiecie tak naprawdę brakuje miłości i troski. Ale ona uważa, że potrzebuje wdzięczności. Nigdy. Nigdy się jej nie doczeka, ponieważ jej WYMAGA. Jedyny sposób by otrzymać miłość, troskę to przestać o nią prosić i samemu zacząć ją okazywać z nadzieją na wzajemność, a nie należnością wzajemności
A teraz historia ludzi szczęśliwych.
Pewna kobieta wzięła do siebie swoją matkę. Mimo, że miała sporą rodzinę - męża i 6 dzieci. Później wzięła do siebie również swoją teściową. Czy te staruszki sprawiały jej problemy? Bardzo często, jednak kochała je. To, że je przyjęła było dla niej naturalne - po prostu coś co chciała zrobić, nie myślała o tym jak bardzo szlachetne to jest. Później sama ona została wdową z 5-ciorgiem dorosłych dzieci. 5 rodzin chciało ją u siebie! Z wdzięczności? Nie! Z miłości. Czystej miłości. Jej dzieci ją uwielbiają. Nic dziwnego. Nauczyła je miłości i życzliwości więc one teraz odwdzięczają się jej tym samym.
Kogo winić gdy nasze dziecko nie jest wdzięczne? Je czy może nas samych? Kto powinien je nauczyć wdzięczności? Temat będę kontynuować.
piątek, 13 maja 2016
Czy dzieci z RAD nie mają szans znaleźć przyjaciół?
Chociaż nie mam pełnego zaburzenia zerwanych więzi to jednak jakieś 90% objawów.
Ominęło mnie najgorsze, czyli kradzieże, brak empatii, potrafię przewidzieć skutki moich zachowań.
Umiem budować relacje przyjacielskie. Tak więc nie jest powiedziane, że nie można. Na moją przyjaźń trzeba bardzo długo sobie zapracować, jednak jest to możliwe.
Nie znaczy to, że ufam moim przyjaciołom bezgranicznie, nie. Nie da się ufać całkowicie.
Zawsze pozostaje ta mała furtka.
Dzieci z RAD mogą znaleźć przyjaciół, jednak uzależnione jest to w dużej mierze od stopnia zaburzeń i od własnej samooceny. Jeżeli uważamy siebie za najgorszych, nie wartych ani miłości, ani przyjaźni to sami skazujemy się na brak przyjaciół.
Niektóre dzieci tłumaczą sobie porzucenie tym, że to one były złe, że to ich wina. Musiałby być albo niewystarczająco ładne, zdrowe, duże itp. Łatwiej im przyjąć to, że to ich wina, niż, że nie miały na to wpływu. Szukają powodu, którego do końca nie znają, lub nie są go pewni, bo przecież adopcja jest tajna. Im niższa samoocena tym trudniej znaleźć przyjaciół. Osoby z RAD także mają duże wymagania względem innych ludzi. Nie tylko przyjaciół ale i rodziców, a także potencjalnych partnerów. To również utrudnia budowanie relacji. Boją się kolejnego porzucenia, zawodu stąd ta ścisła selekcja.
Ciężkim zadaniem dla rodziców adopcyjnych jest zbudowanie prawidłowej samooceny dziecka. W moim przypadku rodzina wmawiała mi, że straciłam przyjaciółkę w podstawówce, bo źle traktuję rodziców. To wpędziło mnie w poczucie, że chyba faktycznie na nikogo nie zasługuję. Jednak 2 lata później spotkałam osobę z którą przyjaźnię się aż po dziś dzień. W zasadzie chyba bardziej ufam przyjaciołom niż rodzicom.
Czego jeszcze nie robić?
Nie szukajmy na siłę przyjaciół dziecku. Ciągłe podsuwanie kolejnych koleżanek i kolegów może paradoksalnie osłabić samoocenę dziecka. Jestem tak beznadziejny, że sam nie mogę sobie znaleźć przyjaciół.
Myślę, że w życiu na wszystko przyjdzie czas. Przyjaciele znajdą się, jeżeli będziemy otwarci ich przyjąć. Mimo, że oczywiście nie zaufamy im od razu. Tak więc zadaniem rodziców nie jest szukanie przyjaciół dziecku, lecz nauczenie budowania więzi z drugim człowiekiem, polepszanie samooceny pociechy. ZACHĘCANIE, a nie ZMUSZANIE.
Nie wtrącajmy się zanadto w jego relacje, nie rozpowiadajmy sąsiadkom wzdłuż i wszerz, że nasze dziecko nie ma przyjaciół bo wpędzamy je tym w poczucie wstydu. A wstyd jest bardzo niszczącym uczuciem.
Nie należy także prosić dzieci aby się bawiły z naszym dzieckiem. Znam takie sytuacje, jednak nie dotyczyły one mnie, a mojej koleżanki z dzieciństwa. Jej Mama chodziła i w kółko prosiła byśmy się bawili z jej córką. To niestety powodowało, że patrzyliśmy na koleżankę jak na kalekę, i jak to małe dzieci byliśmy dla niej okrutni. A jej rodzicielka karmiła jej poczucie beznadziejności i wstydu.
Tak więc zachęcanie, a nie zmuszanie !
Ominęło mnie najgorsze, czyli kradzieże, brak empatii, potrafię przewidzieć skutki moich zachowań.
Umiem budować relacje przyjacielskie. Tak więc nie jest powiedziane, że nie można. Na moją przyjaźń trzeba bardzo długo sobie zapracować, jednak jest to możliwe.
Nie znaczy to, że ufam moim przyjaciołom bezgranicznie, nie. Nie da się ufać całkowicie.
Zawsze pozostaje ta mała furtka.
Dzieci z RAD mogą znaleźć przyjaciół, jednak uzależnione jest to w dużej mierze od stopnia zaburzeń i od własnej samooceny. Jeżeli uważamy siebie za najgorszych, nie wartych ani miłości, ani przyjaźni to sami skazujemy się na brak przyjaciół.
Niektóre dzieci tłumaczą sobie porzucenie tym, że to one były złe, że to ich wina. Musiałby być albo niewystarczająco ładne, zdrowe, duże itp. Łatwiej im przyjąć to, że to ich wina, niż, że nie miały na to wpływu. Szukają powodu, którego do końca nie znają, lub nie są go pewni, bo przecież adopcja jest tajna. Im niższa samoocena tym trudniej znaleźć przyjaciół. Osoby z RAD także mają duże wymagania względem innych ludzi. Nie tylko przyjaciół ale i rodziców, a także potencjalnych partnerów. To również utrudnia budowanie relacji. Boją się kolejnego porzucenia, zawodu stąd ta ścisła selekcja.
Ciężkim zadaniem dla rodziców adopcyjnych jest zbudowanie prawidłowej samooceny dziecka. W moim przypadku rodzina wmawiała mi, że straciłam przyjaciółkę w podstawówce, bo źle traktuję rodziców. To wpędziło mnie w poczucie, że chyba faktycznie na nikogo nie zasługuję. Jednak 2 lata później spotkałam osobę z którą przyjaźnię się aż po dziś dzień. W zasadzie chyba bardziej ufam przyjaciołom niż rodzicom.
Czego jeszcze nie robić?
Nie szukajmy na siłę przyjaciół dziecku. Ciągłe podsuwanie kolejnych koleżanek i kolegów może paradoksalnie osłabić samoocenę dziecka. Jestem tak beznadziejny, że sam nie mogę sobie znaleźć przyjaciół.
Myślę, że w życiu na wszystko przyjdzie czas. Przyjaciele znajdą się, jeżeli będziemy otwarci ich przyjąć. Mimo, że oczywiście nie zaufamy im od razu. Tak więc zadaniem rodziców nie jest szukanie przyjaciół dziecku, lecz nauczenie budowania więzi z drugim człowiekiem, polepszanie samooceny pociechy. ZACHĘCANIE, a nie ZMUSZANIE.
Nie wtrącajmy się zanadto w jego relacje, nie rozpowiadajmy sąsiadkom wzdłuż i wszerz, że nasze dziecko nie ma przyjaciół bo wpędzamy je tym w poczucie wstydu. A wstyd jest bardzo niszczącym uczuciem.
Nie należy także prosić dzieci aby się bawiły z naszym dzieckiem. Znam takie sytuacje, jednak nie dotyczyły one mnie, a mojej koleżanki z dzieciństwa. Jej Mama chodziła i w kółko prosiła byśmy się bawili z jej córką. To niestety powodowało, że patrzyliśmy na koleżankę jak na kalekę, i jak to małe dzieci byliśmy dla niej okrutni. A jej rodzicielka karmiła jej poczucie beznadziejności i wstydu.
Tak więc zachęcanie, a nie zmuszanie !
sobota, 30 kwietnia 2016
Miłość dziecka z RAD
Czy dzieci z RAD potrafią kochać?
Potrafią jednak nie jest to miłość jaka jest powszechnie znana i oczekiwana.
Gdy wymagamy miłości to każdy z nas chce być kochany w sposób taki jaki zna, jaki oczekuje, jaki jest najodpowiedniejszy. Gesty takie jak przytulanie, całowanie itp.
Przyjmijmy miłość jakakolwiek jest, niedojrzała, kulejąca. Objawiająca się drobną laurką, martwieniem się dziecka o los rodziców. Drobne gesty które dla was mogą się wydawać nieistotne, mogą być okazaniem przywiązania dziecka do rodzica. Dzieci okazują miłość w sposób taki jaki znają.
Czy dzieciom z RAD cierpią na brak uczuć wyższych ?
Z pewnością nie umieją oceniać swoich uczuć, większość jeżeli okazuje jakieś uczucia to są one wyuczone, albo są elementem taktyki.
Dzieci z zaburzeniami nie budują prawidłowych relacji z osobami słabymi. Osoba chora, depresyjna, uległa, zbyt uczuciowa, nadwrażliwa, bez oznak siły wewnętrznej, twardej konsekwencji oraz stanowczych decyzji jest z góry na straconej pozycji.
Dziecko potrzebuje wymagań aby nie wejść na głowę swoim zachowaniem, nie podporządkowywać sobie rodziców. Nie można dopuścić do wykorzystywania rodziców przez dziecko. Do manipulacji. Jeżeli raz, drugi sobie na to pozwolimy to już nigdy się z tego nie uwolnimy.
Przykład? Nie chciałam wychodzić z rodzicami miałam wtedy z 4 -5 lat. Rodzice znaleźli na to sposób - ,,chodź kupimy Ci zabawkę". A więc kiedy tylko kupili mi zabawkę to ja do domu chce iść, histeria, krzyk, płacz. Mama była uległa i uczuciowa, bardzo liczyło się dla niej zdanie innych, więc nie chciała pozwolić na takie moje wybuchy złości. Przekupywała mnie za każdym razem, gdy na coś się nie zgadzałam, albo zaczynałam histerię. Bo "co ludzie powiedzą". Histeria dziecka przecież to wstyd. Tak więc, to był mój sposób manipulacji nią. Dzieci czują słabość. Sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić. Gdy zezwolimy im na za dużo. Wpadniemy w pułapkę.
Maluchy matkę adopcyjną podświadomie o wszystko obwiniają i karzą. No tak, dzieci z RAD czują się bardzo nieszczęśliwe. Często gorsze od innych lub też przesada w drugą stronę - lepsze od innych.
W dorosłym życiu RAD przekłada się na nieumiejętność budowania prawidłowych związków z drugim człowiekiem. Osoby takie w większości dążą do samodzielności. Ufają tylko sobie, wymagają od innych zbyt wiele. Nie widzą tragedii w tym, że będą same. Jeżeli nigdy nie nawiązały prawidłowej relacji - z rodzicami. To zawsze czuły się samotne, więc trochę są przyzwyczajone do tej samotności. Często uważają, że nie potrzebują drugiej osoby.
Bezpieczeństwo. To jest najważniejsze dla dzieci z RAD.
Potrafią jednak nie jest to miłość jaka jest powszechnie znana i oczekiwana.
Gdy wymagamy miłości to każdy z nas chce być kochany w sposób taki jaki zna, jaki oczekuje, jaki jest najodpowiedniejszy. Gesty takie jak przytulanie, całowanie itp.
Przyjmijmy miłość jakakolwiek jest, niedojrzała, kulejąca. Objawiająca się drobną laurką, martwieniem się dziecka o los rodziców. Drobne gesty które dla was mogą się wydawać nieistotne, mogą być okazaniem przywiązania dziecka do rodzica. Dzieci okazują miłość w sposób taki jaki znają.
Czy dzieciom z RAD cierpią na brak uczuć wyższych ?
Z pewnością nie umieją oceniać swoich uczuć, większość jeżeli okazuje jakieś uczucia to są one wyuczone, albo są elementem taktyki.
Czasem całe dobro włożone w zranione dziecko odwraca się do nas najgorszym złem.
Dlaczego?Dzieci z zaburzeniami nie budują prawidłowych relacji z osobami słabymi. Osoba chora, depresyjna, uległa, zbyt uczuciowa, nadwrażliwa, bez oznak siły wewnętrznej, twardej konsekwencji oraz stanowczych decyzji jest z góry na straconej pozycji.
Dziecko potrzebuje wymagań aby nie wejść na głowę swoim zachowaniem, nie podporządkowywać sobie rodziców. Nie można dopuścić do wykorzystywania rodziców przez dziecko. Do manipulacji. Jeżeli raz, drugi sobie na to pozwolimy to już nigdy się z tego nie uwolnimy.
Przykład? Nie chciałam wychodzić z rodzicami miałam wtedy z 4 -5 lat. Rodzice znaleźli na to sposób - ,,chodź kupimy Ci zabawkę". A więc kiedy tylko kupili mi zabawkę to ja do domu chce iść, histeria, krzyk, płacz. Mama była uległa i uczuciowa, bardzo liczyło się dla niej zdanie innych, więc nie chciała pozwolić na takie moje wybuchy złości. Przekupywała mnie za każdym razem, gdy na coś się nie zgadzałam, albo zaczynałam histerię. Bo "co ludzie powiedzą". Histeria dziecka przecież to wstyd. Tak więc, to był mój sposób manipulacji nią. Dzieci czują słabość. Sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić. Gdy zezwolimy im na za dużo. Wpadniemy w pułapkę.
Maluchy matkę adopcyjną podświadomie o wszystko obwiniają i karzą. No tak, dzieci z RAD czują się bardzo nieszczęśliwe. Często gorsze od innych lub też przesada w drugą stronę - lepsze od innych.
W dorosłym życiu RAD przekłada się na nieumiejętność budowania prawidłowych związków z drugim człowiekiem. Osoby takie w większości dążą do samodzielności. Ufają tylko sobie, wymagają od innych zbyt wiele. Nie widzą tragedii w tym, że będą same. Jeżeli nigdy nie nawiązały prawidłowej relacji - z rodzicami. To zawsze czuły się samotne, więc trochę są przyzwyczajone do tej samotności. Często uważają, że nie potrzebują drugiej osoby.
Bezpieczeństwo. To jest najważniejsze dla dzieci z RAD.
Wasze propozycje
Zachęcam was do proponowania w komentarzach tematów jakie chcielibyście bym poruszyła na tym blogu :)
niedziela, 24 kwietnia 2016
Rozwiązanie przysposobienia - hańba czy wybawienie?
Nie każda decyzja słuszna jest decyzją moralną.
To zdanie zdaje się dobrze opisywać ten problem.Rodzicielstwo zawsze wiążę się z poświęceniem. Jeżeli nie jesteście na to gotowi, to lepiej odłóżcie tę decyzję w czasie.
Wiele znam historii i moja po części też taka jest, że rodzicom przeszło przez myśl czy nie oddać dziecka. Było to oczywiście spowodowane nie radzeniem sobie z nim. Również z pewnym zawodem - przecież to miał być aniołek a wyrósł diabełek. Istotne jest w tym by szukać pomocy. Moim zdaniem dzieci nie rodzą się złe. To zło może być zaszczepione w pierwszych miesiącach życia przez nie dbanie o jego potrzeby, porzucenie. Stąd często dzieci adoptowane są nerwowe.
Jeżeli pomimo terapii, cierpliwości waszej i wszelkich starań pomocy sobie, i dziecku nie dajecie sobie z nim rady moim zdaniem nie ma nic złego w rozwiązaniu przysposobienia.
Pamiętajcie drodzy rodzice, że wasze zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak zdrowie malucha. Jeżeli dojdzie do załamania nerwowego nigdy nie będziecie w stanie wychować go tak jak zakładaliście. Bardzo możliwe jest później to, że cały czas będziecie mu wypominać jakie było, i ile dla niego poświęciliście. Będziecie żądać od niego wdzięczności. Chociaż wydaje się to naturalną sprawą wcale tak odbierana przez dziecko adoptowane nie jest. Czuje się wtedy inwestycją, dłużnikiem a nie prawdziwą pociechą. Czuje, że jest winne więcej niż biologiczne dzieci. A przecież to nie one was wybrało.
Wasz zawód może też doprowadzić do braku akceptacji dziecka, a to ma ogromny wpływ na jego psychikę. Nie nawiąże z wami więzi i wy z nim także, bo będziecie nim rozczarowani. Jak widać do niczego dobrego to nie doprowadzi. Zaszkodzicie zarówno sobie jak i dziecku.
Chociaż przysposobienie jest uważane za błogosławieństwo wcale takim błogosławieństwem dla dziecka nie musi się okazać. Jeżeli rodzice będą zasypywać je pretensjami o to, że jest jakie jest, że je wzięli - to będzie to dla niego przekleństwem, gdyż bardzo mocno odbije się na jego późniejszym życiu. Odwaga i umiejętność powiedzenia sobie "nie dam rady" jest kluczowa, może okazać się wybawieniem zarówno dla was jak i dla dziecka.
Mało mówi się o niewystarczającej gotowości rodziców do adopcji, jednak jest to bardzo często spotykane. Moja historia jest tego dowodem.
Adopcja jest wybawieniem tylko wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo cierpliwości i są przygotowani na ten krok. A także nie mają żalu o to jakie dziecko "im się trafiło".
Rozwiązanie przysposobienia nie jest hańbą. Jest niejednokrotnie decyzją słuszną.
Oddanie dziecka z powrotem do ośrodka wcale nie musi być dla niego krzywdą - czasami trwanie w nieudanej adopcji okazuje się być tak samo bolesne jak pobyt w domu dziecka.
Jeżeli więc nie radzicie sobie z dzieckiem, a próbowaliście już wszystkiego warto jest złożyć pozew o rozwiązanie przysposobienia. Nie wiąże się to wcale z porażką wychowawczą. A dobry ratownik - to zdrowy ratownik.
Wypominanie dziecku, wmawianie, że jest psychiczne, zarzucanie go pretensjami, porównywanie do rówieśników, oczernianie biologicznej rodziny, ciągły żal do dziecka, wymuszanie wdzięczności, jak wy byście się poczuli?
wtorek, 19 kwietnia 2016
Czy szukać rodziców?
Każde dziecko adoptowane, będzie zastanawiało się nad swoją historią. Nad tym dlaczego jest takie a nie inne i dlaczego zostało porzucone. Nie wińmy ich za tą ciekawość. Dużym błędem jest także to, że często uważamy taką ciekawość za zdradę. Zdradę wobec rodziców adopcyjnych.
Jednak nieznajomość własnej historii może doprowadzić do kryzysów i problemów z własną tożsamością z własnym ''ja''.
Pytaniem zasadniczym jest czy chcę wiedzieć kim byli moi rodzice?
Mimo wszystko? Pomimo tego, że mogę być ze związku kazirodczego, że matka mogła pić, ojciec być kryminalistą. Mogli być nastolatkami, którzy nie daj boże zmądrzeli i będą oddania do adopcji żałować? Równie dobrze mogę być dzieckiem własnej siostry - o której myślałam, że była moją siostrą, a okazała się matką? Mogli to być ludzie którzy mieszkają w tym samym mieście i mijam ich codziennie nie wiedząc o tym, albo upośledzeni?
Czy bardziej interesuje mnie kwestia rodzeństwa?
Mnie zdecydowanie bardziej interesuje kwestia rodzeństwa. Czasami lepiej o niektórych sprawach nie wiedzieć. Rodzeństwo też, zdecydowanie nie przyczyniło się do tego, że zostaliśmy porzuceni. Prawdopodobnym jest, że oni także przeżyli to samo.
Czy warto szukać rodziców biologicznych?
Czasami warto, po to by dowiedzieć się, że nigdzie nie mielibyśmy lepiej niż u tych którzy nas adoptowali. Często dopiero konfrontacja twarzą w twarz z biologicznymi rodzicami uświadamia nas, że czasy sierot w domach dziecka minęły i o wiele więcej dzieci porzuconych, oddanych, zabranych to dzieci z rodzin patologicznych.
Warto też poznać swoją historię ze względu na choroby jakimi możemy być obarczeni. Wiele przecież się dziedziczy.
Dlaczego czasami lepiej nie szukać?
Żeby się nie zawieść, żeby nie poczuć się podwójnie porzuconym. Żeby nie dołożyć sobie zmartwień. Żeby nie wpędzić się w jeszcze większy kryzys. Moi rodzice są ćpunami, czy ja też będę?
Szukając rodziców biologicznych i poznając własną historię trzeba być przygotowanym na najgorsze. Takie jest moje zdanie. Bujanie w obłokach, że rodzice nas kochali ale musieli, albo że jesteśmy sierotami nie ma sensu, bo możemy się bardzo rozczarować. Trzeba być gotowym psychicznie na rozpoczęcie poszukiwań.
Krok pierwszy jaki należy poczynić to zupełny akt urodzenia lub też wgląd do księgi jeżeli w akcie nie ma żadnych informacji.
Czy mówić rodzicom, że zamierzam szukać?
Zależy to tylko i wyłącznie od nich. Ich charakterów. Jestem zwolenniczką nie ukrywania przed dzieckiem historii i pokazania mu dokumentów. To może zaspokoić jego ciekawość.
Nie ma co czarować. Szukanie biologicznych rodziców jest zawsze bolesne dla tych którzy nas wychowali.
Czy będą potrafili się z tym pogodzić? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.
Tymczasem zupełny akt urodzenia niczego nowego nie wniósł do mojej wiedzy. Konieczny jest wgląd do księgi.
Jednak nieznajomość własnej historii może doprowadzić do kryzysów i problemów z własną tożsamością z własnym ''ja''.
Pytaniem zasadniczym jest czy chcę wiedzieć kim byli moi rodzice?
Mimo wszystko? Pomimo tego, że mogę być ze związku kazirodczego, że matka mogła pić, ojciec być kryminalistą. Mogli być nastolatkami, którzy nie daj boże zmądrzeli i będą oddania do adopcji żałować? Równie dobrze mogę być dzieckiem własnej siostry - o której myślałam, że była moją siostrą, a okazała się matką? Mogli to być ludzie którzy mieszkają w tym samym mieście i mijam ich codziennie nie wiedząc o tym, albo upośledzeni?
Czy bardziej interesuje mnie kwestia rodzeństwa?
Mnie zdecydowanie bardziej interesuje kwestia rodzeństwa. Czasami lepiej o niektórych sprawach nie wiedzieć. Rodzeństwo też, zdecydowanie nie przyczyniło się do tego, że zostaliśmy porzuceni. Prawdopodobnym jest, że oni także przeżyli to samo.
Czy warto szukać rodziców biologicznych?
Czasami warto, po to by dowiedzieć się, że nigdzie nie mielibyśmy lepiej niż u tych którzy nas adoptowali. Często dopiero konfrontacja twarzą w twarz z biologicznymi rodzicami uświadamia nas, że czasy sierot w domach dziecka minęły i o wiele więcej dzieci porzuconych, oddanych, zabranych to dzieci z rodzin patologicznych.
Warto też poznać swoją historię ze względu na choroby jakimi możemy być obarczeni. Wiele przecież się dziedziczy.
Dlaczego czasami lepiej nie szukać?
Żeby się nie zawieść, żeby nie poczuć się podwójnie porzuconym. Żeby nie dołożyć sobie zmartwień. Żeby nie wpędzić się w jeszcze większy kryzys. Moi rodzice są ćpunami, czy ja też będę?
Szukając rodziców biologicznych i poznając własną historię trzeba być przygotowanym na najgorsze. Takie jest moje zdanie. Bujanie w obłokach, że rodzice nas kochali ale musieli, albo że jesteśmy sierotami nie ma sensu, bo możemy się bardzo rozczarować. Trzeba być gotowym psychicznie na rozpoczęcie poszukiwań.
Krok pierwszy jaki należy poczynić to zupełny akt urodzenia lub też wgląd do księgi jeżeli w akcie nie ma żadnych informacji.
Czy mówić rodzicom, że zamierzam szukać?
Zależy to tylko i wyłącznie od nich. Ich charakterów. Jestem zwolenniczką nie ukrywania przed dzieckiem historii i pokazania mu dokumentów. To może zaspokoić jego ciekawość.
Nie ma co czarować. Szukanie biologicznych rodziców jest zawsze bolesne dla tych którzy nas wychowali.
Czy będą potrafili się z tym pogodzić? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.
Tymczasem zupełny akt urodzenia niczego nowego nie wniósł do mojej wiedzy. Konieczny jest wgląd do księgi.
piątek, 15 kwietnia 2016
Porzucenie dziecka a kwestie zdrowotne.
Oprócz zaburzeń natury psychicznej porzucenie dziecka wiąże, ze sobą dużo konsekwencji zdrowotnych dla malucha. Mówię tu o dzieciach bez FAS i wad wrodzonych - o teoretycznie zdrowych.
Porzucenie automatycznie wiąże się z tym, że dziecko nie jest karmione piersią. Co moi drodzy ma piorunujący wpływ na jego późniejsze życie. Żadne mieszanki żywieniowe nie zastąpią mleka matki.
To ono buduje naszą odporność i florę jelitową.
Dzieci które nie były karmione piersią są bardziej narażone na problemy gastrologiczne. Nie mają flory bakteryjnej człowieka - tylko sztuczną. Trwają badania nad powiązaniem autyzmu z zaburzoną florą jelitową i są one zaskakujące. Zachęcam was do zgłębienia tego tematu.
Maluchy, które nie były karmione piersią są także bardziej narażone na infekcje, alergie, problemy dermatologiczne. Flora dziecka nigdy nie będzie taka jaka powinna być. Czasami objawy potrafią się ujawnić dopiero w wieku nastoletnim, lub po przebyciu antybiotykoterapii.
Często również nie tolerują laktozy czyli cukru mlecznego.
Dużo też zależy od ośrodka w którym przebywa dziecko, czy jest tam zachowywana higiena, czy nie marźnie itp. Samo to, że przebywa w większej grupie czyni je bardziej narażonym na zarazki. Ciągła walka z infekcjami - może wcale nie uodparniać malucha, tylko wręcz przeciwnie - osłabiać jego odporność, gdyż jest leczony antybiotykami itp. Wyniszczają one ubogą i tak florę bakteryjną.
Popatrzcie moi drodzy, ile zależy już od pierwszych dni życia. Pytanie które nasuwa mi się często to - jak można porzucić własne dziecko?
Porzucenie automatycznie wiąże się z tym, że dziecko nie jest karmione piersią. Co moi drodzy ma piorunujący wpływ na jego późniejsze życie. Żadne mieszanki żywieniowe nie zastąpią mleka matki.
To ono buduje naszą odporność i florę jelitową.
Dzieci które nie były karmione piersią są bardziej narażone na problemy gastrologiczne. Nie mają flory bakteryjnej człowieka - tylko sztuczną. Trwają badania nad powiązaniem autyzmu z zaburzoną florą jelitową i są one zaskakujące. Zachęcam was do zgłębienia tego tematu.
Maluchy, które nie były karmione piersią są także bardziej narażone na infekcje, alergie, problemy dermatologiczne. Flora dziecka nigdy nie będzie taka jaka powinna być. Czasami objawy potrafią się ujawnić dopiero w wieku nastoletnim, lub po przebyciu antybiotykoterapii.
Często również nie tolerują laktozy czyli cukru mlecznego.
Dużo też zależy od ośrodka w którym przebywa dziecko, czy jest tam zachowywana higiena, czy nie marźnie itp. Samo to, że przebywa w większej grupie czyni je bardziej narażonym na zarazki. Ciągła walka z infekcjami - może wcale nie uodparniać malucha, tylko wręcz przeciwnie - osłabiać jego odporność, gdyż jest leczony antybiotykami itp. Wyniszczają one ubogą i tak florę bakteryjną.
Popatrzcie moi drodzy, ile zależy już od pierwszych dni życia. Pytanie które nasuwa mi się często to - jak można porzucić własne dziecko?
czwartek, 14 kwietnia 2016
Dlaczego adopcja się nie udaje?
Adopcja nie udaję się częściej niż myślimy. Powodów tego jest całe mnóstwo i postaram się większość z nich tutaj opisać.
Mała wiedza o zaburzeniach dzieci adoptowanych.
Chociaż adoptujemy malucha bez wad wrodzonych, nie oznacza to, że nie będzie miał zaburzeń psychicznych. Wiedza o nich jest bardzo istotna. Rodzice muszą znać je wszystkie i ocenić czy są na nie gotowi. A najlepiej to w praktyce się z nimi zmierzyć.
Zatajenie chorób wrodzonych przez ośrodek.
Nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś była to bardzo częsta praktyka. Kierowana tym, żeby dzieci znalazły dom mimo wszystko. A potem szok niedowierzanie. Odważniejsi rozwiązywali przysposobienie, inni przeklinali los i boga, niejednokrotnie także dziecko.
Brak cierpliwości i wyrozumiałości.
Pomimo świadomości pojawienia się problemów nasza cierpliwość okazuje się nie wystarczająca. Może to doprowadzić do depresji i załamań nerwowych. Jak to mówią teoria nijak ma się do praktyki.
Brak wyrozumiałości dla tego co przeszło dziecko i tego, że zostawiło to na nim swój ślad. Myślimy, że małe dzieciątka nie mogą wiedzieć, że zostały porzucone. Podświadomie wiedzą. RAD jest tego przykładem.
Nierealne oczekiwania.
Moja córcia miała nosić sukieneczki, przytulać się, być łagodna jak baranek i zostać nauczycielką. Nie. Wygórowane wymagania są dużą krzywdą dla każdego dziecka. Istotnym w wychowywaniu jest to by dziecko nie popadło w kłopoty. To, że woli niebieski od różowego nie powinno stanowić dla nas żadnego problemu. Nie realizujmy siebie poprzez nasze dzieci !!!
Nieprzekonanie jednego z małżonków do adopcji.
"Zgodziłem się bo żona nalegała" A później ja tej żonie nie pomagam, bo to ona nas wpędziła w to bagno. Przygotowani muszą być zarówno mąż jak i żona. Wzajemnie się wspierać i trwać w zdrowym małżeństwie. Nie obwiniać dziecka, że sprawia problemy, ani drugiego małżonka, że wyszedł z inicjatywą adopcji.
Nie szukanie pomocy.
Może to wynikać ze wstydu i upartej chęci pokazania światu, że moja dziecko jest aniołkiem i jest takie jak inne, a nawet lepsze. To krzywda zarówno dla was jak i dla niego
Również może wynikać z poddania się. "Nic i tak nam nie pomoże". Trzeba szukać i próbować, jeżeli nie ten psycholog/psychiatra to inny.
Pragnienie dziecka przysłania rozsądek.
Za wszelką cenę dziecko, dziecko, dziecko. Obsesja i wygórowane oczekiwania idą ze sobą w parze. Mój maluch będzie spokojny łagodny miły kochany. A potem tragedia i pretensje do całego świata bo miało być kolorowo a nie jest. Żadne rodzicielstwo nie jest tak naprawdę kolorowe.
Złe traktowanie dziecka w ośrodku.
Znam historie w których dzieci z którymi opiekunki w ośrodkach nie potrafiły sobie poradzić - biły je, wystawiały na mróz, zamykały w kanciapach. Nie ma szans, żeby to nie wpłynęło na ich psychikę.
To niektóre z powodów, oczekujcie drugiej części.
Zapraszam do wyrażania opinii :)
Mała wiedza o zaburzeniach dzieci adoptowanych.
Chociaż adoptujemy malucha bez wad wrodzonych, nie oznacza to, że nie będzie miał zaburzeń psychicznych. Wiedza o nich jest bardzo istotna. Rodzice muszą znać je wszystkie i ocenić czy są na nie gotowi. A najlepiej to w praktyce się z nimi zmierzyć.
Zatajenie chorób wrodzonych przez ośrodek.
Nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś była to bardzo częsta praktyka. Kierowana tym, żeby dzieci znalazły dom mimo wszystko. A potem szok niedowierzanie. Odważniejsi rozwiązywali przysposobienie, inni przeklinali los i boga, niejednokrotnie także dziecko.
Brak cierpliwości i wyrozumiałości.
Pomimo świadomości pojawienia się problemów nasza cierpliwość okazuje się nie wystarczająca. Może to doprowadzić do depresji i załamań nerwowych. Jak to mówią teoria nijak ma się do praktyki.
Brak wyrozumiałości dla tego co przeszło dziecko i tego, że zostawiło to na nim swój ślad. Myślimy, że małe dzieciątka nie mogą wiedzieć, że zostały porzucone. Podświadomie wiedzą. RAD jest tego przykładem.
Nierealne oczekiwania.
Moja córcia miała nosić sukieneczki, przytulać się, być łagodna jak baranek i zostać nauczycielką. Nie. Wygórowane wymagania są dużą krzywdą dla każdego dziecka. Istotnym w wychowywaniu jest to by dziecko nie popadło w kłopoty. To, że woli niebieski od różowego nie powinno stanowić dla nas żadnego problemu. Nie realizujmy siebie poprzez nasze dzieci !!!
Nieprzekonanie jednego z małżonków do adopcji.
"Zgodziłem się bo żona nalegała" A później ja tej żonie nie pomagam, bo to ona nas wpędziła w to bagno. Przygotowani muszą być zarówno mąż jak i żona. Wzajemnie się wspierać i trwać w zdrowym małżeństwie. Nie obwiniać dziecka, że sprawia problemy, ani drugiego małżonka, że wyszedł z inicjatywą adopcji.
Nie szukanie pomocy.
Może to wynikać ze wstydu i upartej chęci pokazania światu, że moja dziecko jest aniołkiem i jest takie jak inne, a nawet lepsze. To krzywda zarówno dla was jak i dla niego
Również może wynikać z poddania się. "Nic i tak nam nie pomoże". Trzeba szukać i próbować, jeżeli nie ten psycholog/psychiatra to inny.
Pragnienie dziecka przysłania rozsądek.
Za wszelką cenę dziecko, dziecko, dziecko. Obsesja i wygórowane oczekiwania idą ze sobą w parze. Mój maluch będzie spokojny łagodny miły kochany. A potem tragedia i pretensje do całego świata bo miało być kolorowo a nie jest. Żadne rodzicielstwo nie jest tak naprawdę kolorowe.
Złe traktowanie dziecka w ośrodku.
Znam historie w których dzieci z którymi opiekunki w ośrodkach nie potrafiły sobie poradzić - biły je, wystawiały na mróz, zamykały w kanciapach. Nie ma szans, żeby to nie wpłynęło na ich psychikę.
To niektóre z powodów, oczekujcie drugiej części.
Pamiętajcie: trwanie w nieudanej adopcji jest o wiele gorsze niż rezygnacja z niej!
Temu tematowi poświęcę osobny post.Zapraszam do wyrażania opinii :)
wtorek, 12 kwietnia 2016
RAD - co jeszcze warto wiedzieć.
Mimo, że taka sytuacja jak moja - brak akceptacji, może zdarzyć się w każdej rodzinie to jednak w przypadku adopcji - boli dwa razy bardziej, ponieważ czujemy się podwójnie porzuceni.
To rodzi trudności w zaufaniu komukolwiek, lub ufa się wszystkim tylko nie rodzicom.
Nie wiem jaka byłam będąc noworodkiem ale podejrzewam, że objawy które przypisywane są temu etapowi życia w zdecydowanej większości przejawiałam.
Będąc już po 20 zastanawiało mnie dlaczego tak dziwnie zachowywałam się od małego - chodzi o to, że odkąd mnie adoptowano (miałam 2-3 lata) unikałam matki i miałam wybuchy złości przy niej. Krzyczałam na nią, nie dawałam się przytulać itd.
Gdy natrafiłam na artykuł o RAD, przeżyłam szok. Miałam i mam nadal sporo objawów. Rad tłumaczy to dziwne zachowanie - dlaczego będąc małym dzieckiem które teoretycznie nic nie pamięta z ośrodka - od początku adopcji unika matki adopcyjnej mimo, że tak naprawdę nic mu nie zrobiła.
Czasami w takich momentach rodzice zadają sobie pytanie - przecież dałam mu wszystko a ono mnie tak traktuje? Robi tak, nie ze swojej winy. I w takich sytuacjach konieczne jest szukanie pomocy, a także wiedzy - dlaczego tak robi.
Mimo wszystko nie mam raczej pełnego zespołu zaburzenia więzi, ponieważ wiem co to dobro i zło, nie mam problemów z używkami i prawem. Posiadam empatię, jednak mam problemy z zaufaniem, związkami oraz okazywaniem uczuć.Wszędzie wypatruję zagrożenia. Stała pozycja obronna przed każdym i w każdej sytuacji. Doszukuję się kłamstwa i nikomu nie wierzę dopóki sama nie udowodnię, że mówi prawdę. Wydaje się być proste? Ale uwierzcie tak samo utrudnia życie mi, jak i mojej rodzinie. Ponadto nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie założyć własną rodzinę.
Adoptując dziecko bądźcie przygotowani na problemy i świadomi tego, że takie dzieci potrzebują dużo cierpliwości i wyrzeczeń. A także zrozumienia. To nie jest ich wina, że zostały porzucone. To nie one zgotowały sobie ten los. To wy możecie zadecydować o ich życiu. Pewne cechy rozwijają się już u noworodków. Zespół zaburzenia więzi jest doskonałym przykładem, jak pierwsze miesiące życia wpływają na psychikę człowieka.
Skoro noworodki potrafią odwracać wzrok od rodziców adopcyjnych którzy nic im nie zrobili to jednak jest to dowód na to, że dociera do nich więcej niż byśmy się spodziewali.
To rodzi trudności w zaufaniu komukolwiek, lub ufa się wszystkim tylko nie rodzicom.
Nie wiem jaka byłam będąc noworodkiem ale podejrzewam, że objawy które przypisywane są temu etapowi życia w zdecydowanej większości przejawiałam.
Będąc już po 20 zastanawiało mnie dlaczego tak dziwnie zachowywałam się od małego - chodzi o to, że odkąd mnie adoptowano (miałam 2-3 lata) unikałam matki i miałam wybuchy złości przy niej. Krzyczałam na nią, nie dawałam się przytulać itd.
Gdy natrafiłam na artykuł o RAD, przeżyłam szok. Miałam i mam nadal sporo objawów. Rad tłumaczy to dziwne zachowanie - dlaczego będąc małym dzieckiem które teoretycznie nic nie pamięta z ośrodka - od początku adopcji unika matki adopcyjnej mimo, że tak naprawdę nic mu nie zrobiła.
Czasami w takich momentach rodzice zadają sobie pytanie - przecież dałam mu wszystko a ono mnie tak traktuje? Robi tak, nie ze swojej winy. I w takich sytuacjach konieczne jest szukanie pomocy, a także wiedzy - dlaczego tak robi.
Mimo wszystko nie mam raczej pełnego zespołu zaburzenia więzi, ponieważ wiem co to dobro i zło, nie mam problemów z używkami i prawem. Posiadam empatię, jednak mam problemy z zaufaniem, związkami oraz okazywaniem uczuć.Wszędzie wypatruję zagrożenia. Stała pozycja obronna przed każdym i w każdej sytuacji. Doszukuję się kłamstwa i nikomu nie wierzę dopóki sama nie udowodnię, że mówi prawdę. Wydaje się być proste? Ale uwierzcie tak samo utrudnia życie mi, jak i mojej rodzinie. Ponadto nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie założyć własną rodzinę.
Adoptując dziecko bądźcie przygotowani na problemy i świadomi tego, że takie dzieci potrzebują dużo cierpliwości i wyrzeczeń. A także zrozumienia. To nie jest ich wina, że zostały porzucone. To nie one zgotowały sobie ten los. To wy możecie zadecydować o ich życiu. Pewne cechy rozwijają się już u noworodków. Zespół zaburzenia więzi jest doskonałym przykładem, jak pierwsze miesiące życia wpływają na psychikę człowieka.
Skoro noworodki potrafią odwracać wzrok od rodziców adopcyjnych którzy nic im nie zrobili to jednak jest to dowód na to, że dociera do nich więcej niż byśmy się spodziewali.
niedziela, 10 kwietnia 2016
RAD - czyli naucz mnie uczuć.
Powiem szczerze, że jeszcze do niedawna tj. jakiś 2-3 tygodni wstecz od dziś w ogóle nie miałam pojęcia o zaburzeniu o skrócie RAD - czyli zespół zerwanych więzi.
Dowiedziałam się o tym teraz, ponieważ przechodzę ciężki okres w życiu i pewnego rodzaju załamanie nerwowe. Coraz więcej także myślę od jakiegoś roku o adopcji. Wcześniej w ogóle się tym nie przejmowałam, aż do teraz.
Pomimo, że pewnie wiele ludzi uważać może, że RAD to coś wymyślonego na siłę albo zbyt mało zbadanego by można było mówić, że jest to zaburzenie. Z mojego punktu widzenia i analizy własnej osoby mogę powiedzieć COŚ W TYM JEST, RAD może być prawdą !
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego jestem taka dziwna? Nie wynikało to tylko z tego, że jestem adoptowana - przecież miałam w miarę normalnych rodziców (adopcyjnych). Moja mama jest osobą czułą - ubierała mnie w jakieś sukieneczki, przytulanie itd Taka typowa kobietka. Natomiast ja nie przepadałam za jej czułością i stylem.
Przytulanie - od małego tego nienawidziłam i dalej nienawidzę, moja mama katowała mnie tym, a ja płakałam, rzucałam się drapałam i histeryzowałam. Do tego gdy przychodziła po mnie do szkoły - obrażenie z mojej strony, nie odzywanie się do niej, nie łapanie za rękę, słowem - jak najszybciej do domu. W późniejszych latach moja niechęć do niej się pogłębiała. Na mieście udawałam, że nie widzę swoich rodziców. Można by nawet rzec, że się ich wstydziłam. W okresie gimnazjalnym moi znajomi zastanawiali się, czy ja nie jestem jakaś aseksualna? Ponieważ nie rozglądałam się za chłopakami, bo nigdy nie był to dla mnie priorytet i coś bez czego nie mogę się obyć. Nie okazywałam także zbytnio uczuć, a już tym bardziej przy rodzicach.
Wszyscy tworzyli pary itd i kiedy pytali mnie czemu ja tak nie robię to mówiłam, że po co? Mnie to nawet nie bawi, że nie lubię problemów. Nie cierpiałam dostawać prezentów, ponieważ to zmuszało mnie niejako do - pokazania uczucia, radości oczywiście :) Nie myślcie sobie, że jestem jakimś gburem - mam duże poczucie humoru.
Czego nie wolno robić gdy dziecko ma RAD?
Mojej matce nigdy nie ufałam. Nie potrafiła sobie ze mną poradzić - właśnie ruszała mnie, próbowała przytulić zaczepiała - ja wolałam być sama, a ona mi przeszkadzała co mnie bardzo denerwowało już od maleńkości. Rozczarowała się mną już w pierwszym roku adopcji. Tylko raz byłam na badaniach w podstawówce na ADHD i nic nie stwierdzili. Nadpobudliwość i złe nastroje włączały mi się dopiero po powrocie do domu. Poza nim, u cioci, babci, znajomych, w szkole ja byłam całkiem innym człowiekiem. Gdy tylko wracałam do domu stawałam się nerwowa i dalej tak mam. Szkoda, że nie domyśliła się, że te problemy mogą wynikać właśnie z porzucenia.
Zamiast tego zrobiła coś czego nikt z was rodzice adopcyjny NIGDY NIE MOŻE ZROBIĆ. Mianowicie wmawiała mi, że jestem świernięta ( raz mi nawet powiedziała, że po biologicznej ciotce), że jestem inna - "A Martyna to... a Ania to.... a Ty jesteś jakaś dziwna, inne dzieci zachowują się normalnie czemu Ty tak nie możesz?" I to zaczęło się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, ciągłe porównywanie do kogoś - tylko zobaczyła mnie na mieście z kimś to wypytywała co to za koleżanka - ,,Czy ona też tak się denerwuje często i drze się na własną matkę ?" Czemu Ty masz tak mało koleżanek ja w Twoim wieku..... i tak w kółko. Doprowadziło to?
Doprowadziło to do tego jak się pewnie domyślacie - do jeszcze większego unikania jej na mieście i uciekania od rozmowy z nią. Ponieważ wiedziałam, że co nie powiem, nawet o jakieś pierdółce, o kimś, to ona obróci to pewnego dnia przeciwko mnie. I tak jest do dziś. Dalej mnie nie akceptuje i chyba nigdy tego nie zrobi - ponieważ nie jestem taka jak inne dzieci.
Mimo wszystko nie mam do niej żalu - myślę, że jej postępowanie mogło wynikać z niewiedzy o dzieciach adoptowanych - było to ponad 20 lat temu, no i z czego? Charakteru? Nie wiem - wiem, że byłam strasznym dzieckiem, ale z drugiej strony adoptując powinna była być przygotowana na problemy. Nie ma nic gorszego niż nie akceptowanie dziecka i nie szukanie pomocy. Drodzy rodzice. Wychowanie dziecka porzuconego jest bardzo ciężkie. Musimy uzmysłowić sobie, że dzieci nigdy nie są takie jakie chcemy, musimy akceptować i małymi kroczkami próbować budować więź. Moja matka - zrezygnowała z tego - łatwiej było jej wmawiać, że jestem świrnięta niż próbować mi pomóc. Przykre ale prawdziwe.
Mimo, że mam już trochę lat mogę powiedzieć jasno - nigdy jej nie zaufałam, bo ona nigdy mnie nie akceptowała i w nic mi nie wierzyła. Każda rozmowa na błahy temat typu obracała przeciwko mnie. Doprowadziło to do tego, że prawie 6 lat minęło, zanim poznała moją najlepszą przyjaciółkę - jak się domyślacie przypadkiem bo nie zapraszałam nikogo do domu. Unikałam ją jak mogłam...
Mimo, że nie zabijamy się na każdym kroku - to wiem, że ta więź między nami nie jest taka jaka powinna być - kocham ją na swój sposób jednak dalej jej unikam. Dalej gdy wracam do domu jestem kłębkiem nerwów. Dalej wolałabym ją nie widzieć na mieście. Miała nauczyć mnie miłości ale poddała się.
Ale wy moi drodzy czytelnicy NIE PODDAWAJCIE się. I AKCEPTUJCIE się.
Temat będę kontynuować. Proszę was o komentarze. Jak to jest u was ? Czy spotkaliście się z RADEM?:)
Dowiedziałam się o tym teraz, ponieważ przechodzę ciężki okres w życiu i pewnego rodzaju załamanie nerwowe. Coraz więcej także myślę od jakiegoś roku o adopcji. Wcześniej w ogóle się tym nie przejmowałam, aż do teraz.
Pomimo, że pewnie wiele ludzi uważać może, że RAD to coś wymyślonego na siłę albo zbyt mało zbadanego by można było mówić, że jest to zaburzenie. Z mojego punktu widzenia i analizy własnej osoby mogę powiedzieć COŚ W TYM JEST, RAD może być prawdą !
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego jestem taka dziwna? Nie wynikało to tylko z tego, że jestem adoptowana - przecież miałam w miarę normalnych rodziców (adopcyjnych). Moja mama jest osobą czułą - ubierała mnie w jakieś sukieneczki, przytulanie itd Taka typowa kobietka. Natomiast ja nie przepadałam za jej czułością i stylem.
Przytulanie - od małego tego nienawidziłam i dalej nienawidzę, moja mama katowała mnie tym, a ja płakałam, rzucałam się drapałam i histeryzowałam. Do tego gdy przychodziła po mnie do szkoły - obrażenie z mojej strony, nie odzywanie się do niej, nie łapanie za rękę, słowem - jak najszybciej do domu. W późniejszych latach moja niechęć do niej się pogłębiała. Na mieście udawałam, że nie widzę swoich rodziców. Można by nawet rzec, że się ich wstydziłam. W okresie gimnazjalnym moi znajomi zastanawiali się, czy ja nie jestem jakaś aseksualna? Ponieważ nie rozglądałam się za chłopakami, bo nigdy nie był to dla mnie priorytet i coś bez czego nie mogę się obyć. Nie okazywałam także zbytnio uczuć, a już tym bardziej przy rodzicach.
Wszyscy tworzyli pary itd i kiedy pytali mnie czemu ja tak nie robię to mówiłam, że po co? Mnie to nawet nie bawi, że nie lubię problemów. Nie cierpiałam dostawać prezentów, ponieważ to zmuszało mnie niejako do - pokazania uczucia, radości oczywiście :) Nie myślcie sobie, że jestem jakimś gburem - mam duże poczucie humoru.
Czego nie wolno robić gdy dziecko ma RAD?
Mojej matce nigdy nie ufałam. Nie potrafiła sobie ze mną poradzić - właśnie ruszała mnie, próbowała przytulić zaczepiała - ja wolałam być sama, a ona mi przeszkadzała co mnie bardzo denerwowało już od maleńkości. Rozczarowała się mną już w pierwszym roku adopcji. Tylko raz byłam na badaniach w podstawówce na ADHD i nic nie stwierdzili. Nadpobudliwość i złe nastroje włączały mi się dopiero po powrocie do domu. Poza nim, u cioci, babci, znajomych, w szkole ja byłam całkiem innym człowiekiem. Gdy tylko wracałam do domu stawałam się nerwowa i dalej tak mam. Szkoda, że nie domyśliła się, że te problemy mogą wynikać właśnie z porzucenia.
Zamiast tego zrobiła coś czego nikt z was rodzice adopcyjny NIGDY NIE MOŻE ZROBIĆ. Mianowicie wmawiała mi, że jestem świernięta ( raz mi nawet powiedziała, że po biologicznej ciotce), że jestem inna - "A Martyna to... a Ania to.... a Ty jesteś jakaś dziwna, inne dzieci zachowują się normalnie czemu Ty tak nie możesz?" I to zaczęło się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, ciągłe porównywanie do kogoś - tylko zobaczyła mnie na mieście z kimś to wypytywała co to za koleżanka - ,,Czy ona też tak się denerwuje często i drze się na własną matkę ?" Czemu Ty masz tak mało koleżanek ja w Twoim wieku..... i tak w kółko. Doprowadziło to?
Doprowadziło to do tego jak się pewnie domyślacie - do jeszcze większego unikania jej na mieście i uciekania od rozmowy z nią. Ponieważ wiedziałam, że co nie powiem, nawet o jakieś pierdółce, o kimś, to ona obróci to pewnego dnia przeciwko mnie. I tak jest do dziś. Dalej mnie nie akceptuje i chyba nigdy tego nie zrobi - ponieważ nie jestem taka jak inne dzieci.
Mimo wszystko nie mam do niej żalu - myślę, że jej postępowanie mogło wynikać z niewiedzy o dzieciach adoptowanych - było to ponad 20 lat temu, no i z czego? Charakteru? Nie wiem - wiem, że byłam strasznym dzieckiem, ale z drugiej strony adoptując powinna była być przygotowana na problemy. Nie ma nic gorszego niż nie akceptowanie dziecka i nie szukanie pomocy. Drodzy rodzice. Wychowanie dziecka porzuconego jest bardzo ciężkie. Musimy uzmysłowić sobie, że dzieci nigdy nie są takie jakie chcemy, musimy akceptować i małymi kroczkami próbować budować więź. Moja matka - zrezygnowała z tego - łatwiej było jej wmawiać, że jestem świrnięta niż próbować mi pomóc. Przykre ale prawdziwe.
Mimo, że mam już trochę lat mogę powiedzieć jasno - nigdy jej nie zaufałam, bo ona nigdy mnie nie akceptowała i w nic mi nie wierzyła. Każda rozmowa na błahy temat typu obracała przeciwko mnie. Doprowadziło to do tego, że prawie 6 lat minęło, zanim poznała moją najlepszą przyjaciółkę - jak się domyślacie przypadkiem bo nie zapraszałam nikogo do domu. Unikałam ją jak mogłam...
Mimo, że nie zabijamy się na każdym kroku - to wiem, że ta więź między nami nie jest taka jaka powinna być - kocham ją na swój sposób jednak dalej jej unikam. Dalej gdy wracam do domu jestem kłębkiem nerwów. Dalej wolałabym ją nie widzieć na mieście. Miała nauczyć mnie miłości ale poddała się.
Ale wy moi drodzy czytelnicy NIE PODDAWAJCIE się. I AKCEPTUJCIE się.
Temat będę kontynuować. Proszę was o komentarze. Jak to jest u was ? Czy spotkaliście się z RADEM?:)
środa, 6 kwietnia 2016
Adopcja w Polsce
Nie poruszę w tym poście tematu jak zaadoptować dziecko, lecz to jak taka sytuacja jest postrzegana i co bym zmieniła w prawie.
Adopcja bywa swego rodzaju tajemnicą nawet jeżeli dziecko o tym wie, to nie chodzi na lewo i prawo i nie rozpowiada o tym. Od wielu lat i w zasadzie dalej jest taka mentalność, że adopcja jest czymś wstydliwym. Wstyd, który ciągnie się za człowiekiem całe życie.
Również prawo sprzyja tajemnicy bo do 18 roku życia nie mamy szansy dowiedzieć się o biologicznych rodzicach. Jak wszystko w życiu ma to swoje zalety i wady. Niestety procedura uzyskania informacji o rodzeństwie jest bardzo trudna i nierzadko zmusza do konfrontacji z rodzicem biologicznym, co nie każdemu odpowiada. Ja wolę poznać rodzeństwo a nie rodziców.
Zmiany w prawie które bym poczyniła to przede wszystkim:
wykazywanie w zupełnym akcie urodzenia ZAWSZE rodziców biologicznych - bywa tak, że pomimo adopcji nie są ujmowani i jedyną możliwością aby uzyskać takie ich nazwiska jest wgląd do księgi w urzędzie stanu cywilnego właściwym dla urodzenia.
Również w takim akcie ujmowałabym rodzeństwo, lub bodaj tyle którym dzieckiem matki się jest - czy 1, czy 2, czy 3, byłaby by to doprawdy szczątkowa informacja, ale dała by jakieś rozeznanie - lepszy rydz niż nic.
Adopcja kiedyś była łatwiejsza nie znaczy, że lepsza - nie było mówione co to jest RAD i FAS a także inne zaburzenia, skupiano się na chorobie sierocej co jest kroplą w morzu. Tematy te powinny być przedstawiane dobitnie ponieważ 99 % porzuconych dzieci ma jakieś zaburzenia emocjonalne jak np. zespół zerwanych więzi.
Obecny długi czas oczekiwania na dziecko jest z jednej strony dobry - ponieważ rodzice więcej wiedzą - ale i zły gdyż dzieci na tym cierpią.
Kiedy dziecko powinno być adoptowane?
Moim zdaniem od razu po urodzeniu. Przygotowania do adopcji powinny być możliwie jak najkrótsze - kwestia paru miesięcy ze wszystkimi formalnościami (badaniami szkoleniem)- może 2 ? Jednak powinny trwać jeszcze pół roku po adopcji i obejmować szkolenia itd. Tak by rodzic wiedział, że w razie problemów nie jest pozostawiony sam sobie, a także by jak najwięcej dowiedział się o zaburzeniach które mogą powstać już w pierwszych miesiącach życia.
Mogłoby to się odbywać na zasadzie preadopcji. Po pół roku do roku po 'preadopcji' odbywałaby się sprawa sądowa i przysposobienie. Jeżeli oczywiście orzecznik odwiedzający rodzinę uznałby, że spełnia warunki.
Wydaje mi się, że takie rozwiązanie jest lepsze niż pozostawianie dziecka w ośrodku gdzie twarze zmieniają się co chwile. Jeżeli w pewnym okresie po adopcji uznano by, że rodzice się nie nadają - dziecko zostało by zabrane. Pierwsze miesiące życia z jedną rodziną są o niebo lepsze niż w ośrodku.
Przecież w przypadku normalnego rodzicielstwa również można odbierać dzieci w różnym wieku a także nikt tych rodziców nie bada czy się nadają. Myślę, że czas by zaadoptować dziecko jest stanowczo za długi, owszem kierowany dobrem dziecka ale im dłuższe przebywanie w ośrodku tym gorzej. A szukanie odpowiednich rodziców może trwać latami. Czas rodziców biologicznych na zmianę decyzji - 6 tygodni jest również za długi. Powinno być to maksymalnie 2 tygodnie. A dzieci od razu trafiałyby do rodzin preadopcyjnych - nie ważne czy rodzić zrzekł się praw czy nie.
Domy dziecka?
Najlepsza sytuacja byłaby taka gdyby w ogóle ich nie było, a w zamian tego same rodziny zastępcze. Niestety nie jest to możliwe na dzień dzisiejszy. Z jednej strony bo mało jest takich rodzin a z drugiej, że istnieją dzieci które sprawiają trudności wychowawcze i są obarczone chorobami wrodzonymi. Ale przecież w każdej rodzinie może się zdarzyć chore dziecko.
W domach dziecka umieszczałabym w ostateczności tylko dzieci sprawiające naprawdę duże problemy wychowawcze. We wszystkich innych sytuacjach rozwiązaniem koniecznym jest - preadopcja albo rodzina zastępcza. Wszystkie dzieci pozostawiane po urodzeniu powinny trafiać od razu do rodzin preadopcyjnych.
Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Jakie macie pomysły by poprawić tą sytuację?
Adopcja bywa swego rodzaju tajemnicą nawet jeżeli dziecko o tym wie, to nie chodzi na lewo i prawo i nie rozpowiada o tym. Od wielu lat i w zasadzie dalej jest taka mentalność, że adopcja jest czymś wstydliwym. Wstyd, który ciągnie się za człowiekiem całe życie.
Również prawo sprzyja tajemnicy bo do 18 roku życia nie mamy szansy dowiedzieć się o biologicznych rodzicach. Jak wszystko w życiu ma to swoje zalety i wady. Niestety procedura uzyskania informacji o rodzeństwie jest bardzo trudna i nierzadko zmusza do konfrontacji z rodzicem biologicznym, co nie każdemu odpowiada. Ja wolę poznać rodzeństwo a nie rodziców.
Zmiany w prawie które bym poczyniła to przede wszystkim:
wykazywanie w zupełnym akcie urodzenia ZAWSZE rodziców biologicznych - bywa tak, że pomimo adopcji nie są ujmowani i jedyną możliwością aby uzyskać takie ich nazwiska jest wgląd do księgi w urzędzie stanu cywilnego właściwym dla urodzenia.
Również w takim akcie ujmowałabym rodzeństwo, lub bodaj tyle którym dzieckiem matki się jest - czy 1, czy 2, czy 3, byłaby by to doprawdy szczątkowa informacja, ale dała by jakieś rozeznanie - lepszy rydz niż nic.
Adopcja kiedyś była łatwiejsza nie znaczy, że lepsza - nie było mówione co to jest RAD i FAS a także inne zaburzenia, skupiano się na chorobie sierocej co jest kroplą w morzu. Tematy te powinny być przedstawiane dobitnie ponieważ 99 % porzuconych dzieci ma jakieś zaburzenia emocjonalne jak np. zespół zerwanych więzi.
Obecny długi czas oczekiwania na dziecko jest z jednej strony dobry - ponieważ rodzice więcej wiedzą - ale i zły gdyż dzieci na tym cierpią.
Kiedy dziecko powinno być adoptowane?
Moim zdaniem od razu po urodzeniu. Przygotowania do adopcji powinny być możliwie jak najkrótsze - kwestia paru miesięcy ze wszystkimi formalnościami (badaniami szkoleniem)- może 2 ? Jednak powinny trwać jeszcze pół roku po adopcji i obejmować szkolenia itd. Tak by rodzic wiedział, że w razie problemów nie jest pozostawiony sam sobie, a także by jak najwięcej dowiedział się o zaburzeniach które mogą powstać już w pierwszych miesiącach życia.
Mogłoby to się odbywać na zasadzie preadopcji. Po pół roku do roku po 'preadopcji' odbywałaby się sprawa sądowa i przysposobienie. Jeżeli oczywiście orzecznik odwiedzający rodzinę uznałby, że spełnia warunki.
Wydaje mi się, że takie rozwiązanie jest lepsze niż pozostawianie dziecka w ośrodku gdzie twarze zmieniają się co chwile. Jeżeli w pewnym okresie po adopcji uznano by, że rodzice się nie nadają - dziecko zostało by zabrane. Pierwsze miesiące życia z jedną rodziną są o niebo lepsze niż w ośrodku.
Przecież w przypadku normalnego rodzicielstwa również można odbierać dzieci w różnym wieku a także nikt tych rodziców nie bada czy się nadają. Myślę, że czas by zaadoptować dziecko jest stanowczo za długi, owszem kierowany dobrem dziecka ale im dłuższe przebywanie w ośrodku tym gorzej. A szukanie odpowiednich rodziców może trwać latami. Czas rodziców biologicznych na zmianę decyzji - 6 tygodni jest również za długi. Powinno być to maksymalnie 2 tygodnie. A dzieci od razu trafiałyby do rodzin preadopcyjnych - nie ważne czy rodzić zrzekł się praw czy nie.
Domy dziecka?
Najlepsza sytuacja byłaby taka gdyby w ogóle ich nie było, a w zamian tego same rodziny zastępcze. Niestety nie jest to możliwe na dzień dzisiejszy. Z jednej strony bo mało jest takich rodzin a z drugiej, że istnieją dzieci które sprawiają trudności wychowawcze i są obarczone chorobami wrodzonymi. Ale przecież w każdej rodzinie może się zdarzyć chore dziecko.
W domach dziecka umieszczałabym w ostateczności tylko dzieci sprawiające naprawdę duże problemy wychowawcze. We wszystkich innych sytuacjach rozwiązaniem koniecznym jest - preadopcja albo rodzina zastępcza. Wszystkie dzieci pozostawiane po urodzeniu powinny trafiać od razu do rodzin preadopcyjnych.
Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Jakie macie pomysły by poprawić tą sytuację?
wtorek, 5 kwietnia 2016
Czy mówić dziecku, że jest adoptowane?
No właśnie,
wielu z was obecnych i przyszłych rodziców adopcyjnych zadaje sobie to jedno bardzo istotne pytanie. To jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiednim czasie, nieodpowiednim miejscu, przez nieodpowiednich ludzi może zrujnować małego człowieka. Tak dokładnie. Lecz może zacznę od swojej historii.
Nie wiem kiedy dokładnie mnie adoptowano wiem, że było to między 2-3 rokiem życia. Więc dziecko małe, lecz nie tak małe jakby wielu rodziców chciało, i wystarczająco duże by pewne rzeczy zostały w nim zakorzenione na zawsze (o tym napiszę w innym poście).
O tym, że nie jestem biologicznym dzieckiem usłyszałam od matki jakoś w podstawówce - nie potrafię powiedzieć kiedy myślę że było to między 1-4 klasą. Mama po prostu mi to powiedziała gdy stałam w łazience. Nie pamiętam dokładnych słów, bo też w tamtym momencie nie chciałam ich pamiętać. Jesteś adoptowana - dobra okej. Uznałam, że tak musi być. W sumie olałam to na bardzo bardzo długi czas. Być może właśnie wiek 7-11 jest najlepszym okresem na poinformowanie o adopcji.
Warto czy też trzeba powiedzieć dziecku, że jest adoptowane ?
Z paru względów warto.
Przede wszystkim, z racji tajemnicy. Naprawdę uwierzcie mi ciężko jest dochować tajemnice adopcji. Wiele jest opowieści w internecie jak to dzieci się dowiedziały od ludzi obcych o tej sprawie i narastał w nich bunt.
Życzliwi dorośli.
Najgorsza sytuacją jest moment kiedy mówi to obca dorosła osoba dziecku. A już definitywnie najgorszy jest okres nastoletniego buntu. Dziecko czuje się oszukane okłamywane dosłownie 'świat wali się mu na głowę'
Dlaczego?
Ponieważ pojawiają się obawy i pytania które wcześniej NIE ISTNIAŁY.
Skąd pochodzę? Kim byli moi rodzice? Dlaczego mnie oddali? Dlaczego mi nie powiedzieli? Czy mam rodzeństwo?
Ja w tamtym wieku nie zadałam sobie takich pytań - nie wiem czy to wynikało z tego, że byłam za mała by o tym myśleć ? Czy też nie chciałam nad tym się zastanawiać? Lecz wystarczająco byłam duża by zapamiętać, że te słowa padły.
Inne dzieci.
Drugą kwestią którą chcę poruszyć jest fakt, że dziecko może się dowiedzieć od innych dzieci - to również okropna sytuacja i jedna z najgorszych.Wynika to przede wszystkim z tego, że rodzice obgadują cudze dzieci przy swoich.
Jak wiemy maluchy szybko podłapują to i rodzą się drwiny później w stosunku do pociechy adoptowanej.
Do dziś pamiętam dzieci z podwórka które mówiły mi - ale to nie są twoi rodzice ! Ty jesteś adoptowana ! To nie jest Twoja matka ! Jesteś z domu dziecka.
To siedzi w człowieku całe życie. Dziecko czuje się gorsze i głównie z tego bierze się później niska samoocena. Tak więc usłyszenie prawdy od dzieci jest tak samo możliwe jak od dorosłych.
Chyba że rodzice adopcyjni wyjadą do innego miasta i zaczną nowe życie - w takim środowisku zdecydowanie łatwiej dochować tajemnicę. Lecz też nie jest powiedziane, że na zawsze.
Nie potrafię powiedzieć czy najpierw dowiedziałam się tego od mamy czy od dzieci. Mogło być tak, że słowa mamy być może nie zaszokowały mnie, gdyż spodziewałam się, że one padną. Przeczuwałam to. Niemniej jednak zarówno matka jak i dzieci powiedziały mi o tym. Kto pierwszy? Nie potrafię stwierdzić jednak przychylałabym się bardziej ku temu, że mama.
Bardzo apeluje do rodziców by nie rozmawiały o innych dzieciach przy swoich.
Rzecz dosyć ciekawa którą teraz poruszę to albumy ze zdjęciami.
Kiedyś gdy wzięłam jeden do rąk zorientowałam się, że nie ma mnie tam jako bobaska. No halo? Dziwne. Jak to? To rodziło pewne pytania i podejrzenia. Na każdym zdjęciu stoję już na nogach i wyglądam na 3 lata najmniej. Rzecz o której drodzy czytelnicy być może byście nie pomyśleli, ale dosyć istotna dla czujnego oka dziecka.
Kolejna kwestia to książeczka zdrowia.
Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego pierwsza strona jest zamazana.
Myślę, że moja mama nie upilnowała zbytnio tego szczegółu, ale mogło to też wynikać z tego, że ona od początku nie miała zamiaru niczego ukrywać przede mną. Tak więc pewnego letniego dnia wyrwała po prostu pierwszą kartkę na której widniało całe moje życie do okresu adopcji. Nie całe. No właśnie. Do roku bodaj 95 widziałam pieczątki ze szpitali z miasta w którym nie mieszkam. To też budziło pewne podejrzenia.
Grupa krwi.
Mimo, że zasady dziedziczenia są skomplikowane i czasami potrafią zaskoczyć dowiadując się, później w moim nastoletnim życiu, że mam grupę krwi B dało mi to kolejny dowód na to, że nie są to moi rodzice. Myślę, że temat jasny i nie wymaga rozwijania :)
Podobieństwo.
Obcy ludzie często upierają się przy tym, że jestem podobna do ojca tak naprawdę uważam, że nie mam nic po nim, a po matce już tym bardziej. Kwestia podobieństwa jest bardzo, że tak powiem kontrowersyjna bo w pewnym sensie każdy jest podobny choć trochę do innej osoby. Może trafić się dziecko które jest wypisz wymaluj jak rodzice zastępczy. Jednak są też przypadki gdy to podobieństwo jest praktycznie niezauważalne. Gdy jako dziecko widziałam rodzeństwo od razu spostrzegałam między nimi podobieństwo i do ich rodziców także. Stało się to moją obsesją której do tej pory nie potrafię wytępić.
Natomiast ja już od podstawówki nie widziałam, żadnych cech wspólnych. Inne oczy inne włosy inny nos inny wzrost. Może głupie, ale dawało do myślenia.
Zupełny akt urodzenia
Mimo że adopcja może być całkowita i tajna, to w zupełnym akcie urodzenia wpisani są owszem rodzice adopcyjni - jednak sporządzany on jest później niż nasze urodzenie. Budzi to pewne pytania.
Jeżeli w takim akcie będą wpisani rodzice biologiczni, to nieświadomy dorosły zderzy się z rzeczywistością.
Dochowanie tajemnicy jak już mówiłam jest bardzo ciężkie. Dowiedzieć się można od rodziny, sąsiadów, obcych, dzieci czy nawet księdza, albumu rodzinnego, książeczki zdrowia. Ze wszystkich stron.
A więc przed wami drodzy rodzice ciężkie pytanie. Czy da się tą tajemnicę dochować ? Moim zdaniem jeżeli nie wyjedzie się z miejsca zamieszkania - nie ma nawet o tym mowy. Zawsze znajdzie się ktoś życzliwy.
Dlaczego jeszcze warto powiedzieć?
Ponieważ, często u lekarza pada pytanie - a jak w rodzinie? Jakie choroby? Moja odpowiedź jest zawsze taka sama - nie mam takich informacji.
Gdy dziecko nie wie, że jest adoptowane może czasem tracić czas i zdrowie albo leczyć się na coś ( w przypadku niekompetentych lekarzy) na co tak naprawdę są nikłe szanse że ma, zamiast skupić się na tym co mówią objawy. Być może rzeczy zakładane przez lekarzy, że się odziedziczyło w ogóle nie maja sensu. Wszyscy chyba wiemy jaką mamy służbę zdrowia.
Kiedy jest najlepszy okres?
Ciężkie pytanie. Jak mówię mój wiek szkolny 1-4 klasa okazał się trafionym. Lecz jak wspominałam w pierwszym poście wcale nie musi taki być. Wiem jednak czego nie należy kategorycznie robić:
- nie dopuścić do tego by powiedział to ktoś inny niż rodzice.
Zapraszam do zadawania pytań :)
wielu z was obecnych i przyszłych rodziców adopcyjnych zadaje sobie to jedno bardzo istotne pytanie. To jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiednim czasie, nieodpowiednim miejscu, przez nieodpowiednich ludzi może zrujnować małego człowieka. Tak dokładnie. Lecz może zacznę od swojej historii.
Nie wiem kiedy dokładnie mnie adoptowano wiem, że było to między 2-3 rokiem życia. Więc dziecko małe, lecz nie tak małe jakby wielu rodziców chciało, i wystarczająco duże by pewne rzeczy zostały w nim zakorzenione na zawsze (o tym napiszę w innym poście).
O tym, że nie jestem biologicznym dzieckiem usłyszałam od matki jakoś w podstawówce - nie potrafię powiedzieć kiedy myślę że było to między 1-4 klasą. Mama po prostu mi to powiedziała gdy stałam w łazience. Nie pamiętam dokładnych słów, bo też w tamtym momencie nie chciałam ich pamiętać. Jesteś adoptowana - dobra okej. Uznałam, że tak musi być. W sumie olałam to na bardzo bardzo długi czas. Być może właśnie wiek 7-11 jest najlepszym okresem na poinformowanie o adopcji.
Warto czy też trzeba powiedzieć dziecku, że jest adoptowane ?
Z paru względów warto.
Przede wszystkim, z racji tajemnicy. Naprawdę uwierzcie mi ciężko jest dochować tajemnice adopcji. Wiele jest opowieści w internecie jak to dzieci się dowiedziały od ludzi obcych o tej sprawie i narastał w nich bunt.
Życzliwi dorośli.
Najgorsza sytuacją jest moment kiedy mówi to obca dorosła osoba dziecku. A już definitywnie najgorszy jest okres nastoletniego buntu. Dziecko czuje się oszukane okłamywane dosłownie 'świat wali się mu na głowę'
Dlaczego?
Ponieważ pojawiają się obawy i pytania które wcześniej NIE ISTNIAŁY.
Skąd pochodzę? Kim byli moi rodzice? Dlaczego mnie oddali? Dlaczego mi nie powiedzieli? Czy mam rodzeństwo?
Ja w tamtym wieku nie zadałam sobie takich pytań - nie wiem czy to wynikało z tego, że byłam za mała by o tym myśleć ? Czy też nie chciałam nad tym się zastanawiać? Lecz wystarczająco byłam duża by zapamiętać, że te słowa padły.
Inne dzieci.
Drugą kwestią którą chcę poruszyć jest fakt, że dziecko może się dowiedzieć od innych dzieci - to również okropna sytuacja i jedna z najgorszych.Wynika to przede wszystkim z tego, że rodzice obgadują cudze dzieci przy swoich.
Jak wiemy maluchy szybko podłapują to i rodzą się drwiny później w stosunku do pociechy adoptowanej.
Do dziś pamiętam dzieci z podwórka które mówiły mi - ale to nie są twoi rodzice ! Ty jesteś adoptowana ! To nie jest Twoja matka ! Jesteś z domu dziecka.
To siedzi w człowieku całe życie. Dziecko czuje się gorsze i głównie z tego bierze się później niska samoocena. Tak więc usłyszenie prawdy od dzieci jest tak samo możliwe jak od dorosłych.
Chyba że rodzice adopcyjni wyjadą do innego miasta i zaczną nowe życie - w takim środowisku zdecydowanie łatwiej dochować tajemnicę. Lecz też nie jest powiedziane, że na zawsze.
Nie potrafię powiedzieć czy najpierw dowiedziałam się tego od mamy czy od dzieci. Mogło być tak, że słowa mamy być może nie zaszokowały mnie, gdyż spodziewałam się, że one padną. Przeczuwałam to. Niemniej jednak zarówno matka jak i dzieci powiedziały mi o tym. Kto pierwszy? Nie potrafię stwierdzić jednak przychylałabym się bardziej ku temu, że mama.
Bardzo apeluje do rodziców by nie rozmawiały o innych dzieciach przy swoich.
Rzecz dosyć ciekawa którą teraz poruszę to albumy ze zdjęciami.
Kiedyś gdy wzięłam jeden do rąk zorientowałam się, że nie ma mnie tam jako bobaska. No halo? Dziwne. Jak to? To rodziło pewne pytania i podejrzenia. Na każdym zdjęciu stoję już na nogach i wyglądam na 3 lata najmniej. Rzecz o której drodzy czytelnicy być może byście nie pomyśleli, ale dosyć istotna dla czujnego oka dziecka.
Kolejna kwestia to książeczka zdrowia.
Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego pierwsza strona jest zamazana.
Myślę, że moja mama nie upilnowała zbytnio tego szczegółu, ale mogło to też wynikać z tego, że ona od początku nie miała zamiaru niczego ukrywać przede mną. Tak więc pewnego letniego dnia wyrwała po prostu pierwszą kartkę na której widniało całe moje życie do okresu adopcji. Nie całe. No właśnie. Do roku bodaj 95 widziałam pieczątki ze szpitali z miasta w którym nie mieszkam. To też budziło pewne podejrzenia.
Grupa krwi.
Mimo, że zasady dziedziczenia są skomplikowane i czasami potrafią zaskoczyć dowiadując się, później w moim nastoletnim życiu, że mam grupę krwi B dało mi to kolejny dowód na to, że nie są to moi rodzice. Myślę, że temat jasny i nie wymaga rozwijania :)
Podobieństwo.
Obcy ludzie często upierają się przy tym, że jestem podobna do ojca tak naprawdę uważam, że nie mam nic po nim, a po matce już tym bardziej. Kwestia podobieństwa jest bardzo, że tak powiem kontrowersyjna bo w pewnym sensie każdy jest podobny choć trochę do innej osoby. Może trafić się dziecko które jest wypisz wymaluj jak rodzice zastępczy. Jednak są też przypadki gdy to podobieństwo jest praktycznie niezauważalne. Gdy jako dziecko widziałam rodzeństwo od razu spostrzegałam między nimi podobieństwo i do ich rodziców także. Stało się to moją obsesją której do tej pory nie potrafię wytępić.
Natomiast ja już od podstawówki nie widziałam, żadnych cech wspólnych. Inne oczy inne włosy inny nos inny wzrost. Może głupie, ale dawało do myślenia.
Zupełny akt urodzenia
Mimo że adopcja może być całkowita i tajna, to w zupełnym akcie urodzenia wpisani są owszem rodzice adopcyjni - jednak sporządzany on jest później niż nasze urodzenie. Budzi to pewne pytania.
Jeżeli w takim akcie będą wpisani rodzice biologiczni, to nieświadomy dorosły zderzy się z rzeczywistością.
Dochowanie tajemnicy jak już mówiłam jest bardzo ciężkie. Dowiedzieć się można od rodziny, sąsiadów, obcych, dzieci czy nawet księdza, albumu rodzinnego, książeczki zdrowia. Ze wszystkich stron.
A więc przed wami drodzy rodzice ciężkie pytanie. Czy da się tą tajemnicę dochować ? Moim zdaniem jeżeli nie wyjedzie się z miejsca zamieszkania - nie ma nawet o tym mowy. Zawsze znajdzie się ktoś życzliwy.
Dlaczego jeszcze warto powiedzieć?
Ponieważ, często u lekarza pada pytanie - a jak w rodzinie? Jakie choroby? Moja odpowiedź jest zawsze taka sama - nie mam takich informacji.
Gdy dziecko nie wie, że jest adoptowane może czasem tracić czas i zdrowie albo leczyć się na coś ( w przypadku niekompetentych lekarzy) na co tak naprawdę są nikłe szanse że ma, zamiast skupić się na tym co mówią objawy. Być może rzeczy zakładane przez lekarzy, że się odziedziczyło w ogóle nie maja sensu. Wszyscy chyba wiemy jaką mamy służbę zdrowia.
Kiedy jest najlepszy okres?
Ciężkie pytanie. Jak mówię mój wiek szkolny 1-4 klasa okazał się trafionym. Lecz jak wspominałam w pierwszym poście wcale nie musi taki być. Wiem jednak czego nie należy kategorycznie robić:
- nie dopuścić do tego by powiedział to ktoś inny niż rodzice.
Zapraszam do zadawania pytań :)
Pierwszy krok
Witam,
na tym blogu będę opisywać to, jak na moje życie wpłynęła sytuacja, której nie mogłam przewidzieć i na którą nie miałam wpływu czyli - adopcja.
Czy mówić dzieciom że są adoptowane? Jak ? Kiedy?
Jakie zaburzenia mogą wiązać się z adopcją?
Czym się różni adopcja od normalnego rodzicielstwa?
Dlaczego moje dziecko jest takie a nie inne?
Jaki ma wpływ przeszłość, biologia na psychikę człowieka?
Na te i wiele pytań postaram się odpowiedzieć z własnego subiektywnego punktu widzenia - z zastrzeżeniem, że nie można odnieść moich słów do każdego dziecka i do każdej sytuacji.
Życzę przyjemnej lektury i chętnie odpowiem na pytania! :)
na tym blogu będę opisywać to, jak na moje życie wpłynęła sytuacja, której nie mogłam przewidzieć i na którą nie miałam wpływu czyli - adopcja.
Czy mówić dzieciom że są adoptowane? Jak ? Kiedy?
Jakie zaburzenia mogą wiązać się z adopcją?
Czym się różni adopcja od normalnego rodzicielstwa?
Dlaczego moje dziecko jest takie a nie inne?
Jaki ma wpływ przeszłość, biologia na psychikę człowieka?
Na te i wiele pytań postaram się odpowiedzieć z własnego subiektywnego punktu widzenia - z zastrzeżeniem, że nie można odnieść moich słów do każdego dziecka i do każdej sytuacji.
Życzę przyjemnej lektury i chętnie odpowiem na pytania! :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)