Powiem szczerze, że jeszcze do niedawna tj. jakiś 2-3 tygodni wstecz od dziś w ogóle nie miałam pojęcia o zaburzeniu o skrócie RAD - czyli zespół zerwanych więzi.
Dowiedziałam się o tym teraz, ponieważ przechodzę ciężki okres w życiu i pewnego rodzaju załamanie nerwowe. Coraz więcej także myślę od jakiegoś roku o adopcji. Wcześniej w ogóle się tym nie przejmowałam, aż do teraz.
Pomimo, że pewnie wiele ludzi uważać może, że RAD to coś wymyślonego na siłę albo zbyt mało zbadanego by można było mówić, że jest to zaburzenie. Z mojego punktu widzenia i analizy własnej osoby mogę powiedzieć COŚ W TYM JEST, RAD może być prawdą !
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego jestem taka dziwna? Nie wynikało to tylko z tego, że jestem adoptowana - przecież miałam w miarę normalnych rodziców (adopcyjnych). Moja mama jest osobą czułą - ubierała mnie w jakieś sukieneczki, przytulanie itd Taka typowa kobietka. Natomiast ja nie przepadałam za jej czułością i stylem.
Przytulanie - od małego tego nienawidziłam i dalej nienawidzę, moja mama katowała mnie tym, a ja płakałam, rzucałam się drapałam i histeryzowałam. Do tego gdy przychodziła po mnie do szkoły - obrażenie z mojej strony, nie odzywanie się do niej, nie łapanie za rękę, słowem - jak najszybciej do domu. W późniejszych latach moja niechęć do niej się pogłębiała. Na mieście udawałam, że nie widzę swoich rodziców. Można by nawet rzec, że się ich wstydziłam. W okresie gimnazjalnym moi znajomi zastanawiali się, czy ja nie jestem jakaś aseksualna? Ponieważ nie rozglądałam się za chłopakami, bo nigdy nie był to dla mnie priorytet i coś bez czego nie mogę się obyć. Nie okazywałam także zbytnio uczuć, a już tym bardziej przy rodzicach.
Wszyscy tworzyli pary itd i kiedy pytali mnie czemu ja tak nie robię to mówiłam, że po co? Mnie to nawet nie bawi, że nie lubię problemów. Nie cierpiałam dostawać prezentów, ponieważ to zmuszało mnie niejako do - pokazania uczucia, radości oczywiście :) Nie myślcie sobie, że jestem jakimś gburem - mam duże poczucie humoru.
Czego nie wolno robić gdy dziecko ma RAD?
Mojej matce nigdy nie ufałam. Nie potrafiła sobie ze mną poradzić - właśnie ruszała mnie, próbowała przytulić zaczepiała - ja wolałam być sama, a ona mi przeszkadzała co mnie bardzo denerwowało już od maleńkości. Rozczarowała się mną już w pierwszym roku adopcji. Tylko raz byłam na badaniach w podstawówce na ADHD i nic nie stwierdzili. Nadpobudliwość i złe nastroje włączały mi się dopiero po powrocie do domu. Poza nim, u cioci, babci, znajomych, w szkole ja byłam całkiem innym człowiekiem. Gdy tylko wracałam do domu stawałam się nerwowa i dalej tak mam. Szkoda, że nie domyśliła się, że te problemy mogą wynikać właśnie z porzucenia.
Zamiast tego zrobiła coś czego nikt z was rodzice adopcyjny NIGDY NIE MOŻE ZROBIĆ. Mianowicie wmawiała mi, że jestem świernięta ( raz mi nawet powiedziała, że po biologicznej ciotce), że jestem inna - "A Martyna to... a Ania to.... a Ty jesteś jakaś dziwna, inne dzieci zachowują się normalnie czemu Ty tak nie możesz?" I to zaczęło się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, ciągłe porównywanie do kogoś - tylko zobaczyła mnie na mieście z kimś to wypytywała co to za koleżanka - ,,Czy ona też tak się denerwuje często i drze się na własną matkę ?" Czemu Ty masz tak mało koleżanek ja w Twoim wieku..... i tak w kółko. Doprowadziło to?
Doprowadziło to do tego jak się pewnie domyślacie - do jeszcze większego unikania jej na mieście i uciekania od rozmowy z nią. Ponieważ wiedziałam, że co nie powiem, nawet o jakieś pierdółce, o kimś, to ona obróci to pewnego dnia przeciwko mnie. I tak jest do dziś. Dalej mnie nie akceptuje i chyba nigdy tego nie zrobi - ponieważ nie jestem taka jak inne dzieci.
Mimo wszystko nie mam do niej żalu - myślę, że jej postępowanie mogło wynikać z niewiedzy o dzieciach adoptowanych - było to ponad 20 lat temu, no i z czego? Charakteru? Nie wiem - wiem, że byłam strasznym dzieckiem, ale z drugiej strony adoptując powinna była być przygotowana na problemy. Nie ma nic gorszego niż nie akceptowanie dziecka i nie szukanie pomocy. Drodzy rodzice. Wychowanie dziecka porzuconego jest bardzo ciężkie. Musimy uzmysłowić sobie, że dzieci nigdy nie są takie jakie chcemy, musimy akceptować i małymi kroczkami próbować budować więź. Moja matka - zrezygnowała z tego - łatwiej było jej wmawiać, że jestem świrnięta niż próbować mi pomóc. Przykre ale prawdziwe.
Mimo, że mam już trochę lat mogę powiedzieć jasno - nigdy jej nie zaufałam, bo ona nigdy mnie nie akceptowała i w nic mi nie wierzyła. Każda rozmowa na błahy temat typu obracała przeciwko mnie. Doprowadziło to do tego, że prawie 6 lat minęło, zanim poznała moją najlepszą przyjaciółkę - jak się domyślacie przypadkiem bo nie zapraszałam nikogo do domu. Unikałam ją jak mogłam...
Mimo, że nie zabijamy się na każdym kroku - to wiem, że ta więź między nami nie jest taka jaka powinna być - kocham ją na swój sposób jednak dalej jej unikam. Dalej gdy wracam do domu jestem kłębkiem nerwów. Dalej wolałabym ją nie widzieć na mieście. Miała nauczyć mnie miłości ale poddała się.
Ale wy moi drodzy czytelnicy NIE PODDAWAJCIE się. I AKCEPTUJCIE się.
Temat będę kontynuować. Proszę was o komentarze. Jak to jest u was ? Czy spotkaliście się z RADEM?:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz