wtorek, 5 kwietnia 2016

Czy mówić dziecku, że jest adoptowane?

No właśnie,
wielu z was obecnych i przyszłych rodziców adopcyjnych zadaje sobie to jedno bardzo istotne pytanie. To jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiednim czasie, nieodpowiednim miejscu, przez nieodpowiednich ludzi może zrujnować małego człowieka. Tak dokładnie. Lecz może zacznę od swojej historii.

Nie wiem kiedy dokładnie mnie adoptowano wiem, że było to między 2-3 rokiem życia. Więc dziecko małe, lecz nie tak małe jakby wielu rodziców chciało, i wystarczająco duże by pewne rzeczy zostały w nim zakorzenione na zawsze (o tym napiszę w innym poście).
O tym, że nie jestem biologicznym dzieckiem usłyszałam od matki jakoś w podstawówce - nie potrafię powiedzieć kiedy myślę że było to między 1-4 klasą. Mama po prostu mi to powiedziała gdy stałam w łazience. Nie pamiętam dokładnych słów, bo też w tamtym momencie nie chciałam ich pamiętać. Jesteś adoptowana - dobra okej. Uznałam, że tak musi być. W sumie olałam to na bardzo bardzo długi czas. Być może właśnie wiek 7-11 jest najlepszym okresem na poinformowanie o adopcji.

Warto czy też trzeba powiedzieć dziecku, że jest adoptowane ?
Z paru względów warto.
Przede wszystkim, z racji tajemnicy. Naprawdę uwierzcie mi ciężko jest dochować tajemnice adopcji. Wiele jest opowieści w internecie jak to dzieci się dowiedziały od ludzi obcych o tej sprawie i narastał w nich bunt.

Życzliwi dorośli.
Najgorsza sytuacją jest moment kiedy mówi to obca dorosła osoba dziecku. A już definitywnie najgorszy jest okres nastoletniego buntu. Dziecko czuje się oszukane okłamywane dosłownie 'świat wali się mu na głowę'
Dlaczego?
Ponieważ pojawiają się obawy i pytania które wcześniej NIE ISTNIAŁY. 
Skąd pochodzę? Kim byli moi rodzice? Dlaczego mnie oddali? Dlaczego mi nie powiedzieli? Czy mam rodzeństwo?

Ja w tamtym wieku nie zadałam sobie takich pytań - nie wiem czy to wynikało z tego, że byłam za mała by o tym myśleć ? Czy też nie chciałam nad tym się zastanawiać? Lecz wystarczająco byłam duża by zapamiętać, że te słowa padły.

Inne dzieci.
Drugą kwestią którą chcę poruszyć jest fakt, że dziecko może się dowiedzieć od innych dzieci - to również okropna sytuacja i jedna z najgorszych.Wynika to przede wszystkim z tego, że rodzice obgadują cudze dzieci przy swoich.
Jak wiemy maluchy szybko podłapują to i rodzą się drwiny później w stosunku do pociechy adoptowanej.

Do dziś pamiętam dzieci z podwórka które mówiły mi - ale to nie są twoi rodzice ! Ty jesteś adoptowana ! To nie jest Twoja matka ! Jesteś z domu dziecka.
To siedzi w człowieku całe życie. Dziecko czuje się gorsze i głównie z tego bierze się później niska samoocena. Tak więc usłyszenie prawdy od dzieci jest tak samo możliwe jak od dorosłych.
Chyba że rodzice adopcyjni wyjadą do innego miasta i zaczną nowe życie - w takim środowisku zdecydowanie łatwiej dochować tajemnicę. Lecz też nie jest powiedziane, że na zawsze.

Nie potrafię powiedzieć czy najpierw dowiedziałam się tego od mamy czy od dzieci. Mogło być tak, że słowa mamy być może nie zaszokowały mnie, gdyż spodziewałam się, że one padną. Przeczuwałam to. Niemniej jednak zarówno matka jak i dzieci powiedziały mi o tym. Kto pierwszy? Nie potrafię stwierdzić jednak przychylałabym się bardziej ku temu, że mama.

Bardzo apeluje do rodziców by nie rozmawiały o innych dzieciach przy swoich.

Rzecz dosyć ciekawa którą teraz poruszę to albumy ze zdjęciami.
Kiedyś gdy wzięłam jeden do rąk zorientowałam się, że nie ma mnie tam jako bobaska. No halo? Dziwne. Jak to? To rodziło pewne pytania i podejrzenia. Na każdym zdjęciu stoję już na nogach i wyglądam na 3 lata najmniej. Rzecz o której drodzy czytelnicy być może byście nie pomyśleli, ale dosyć istotna dla czujnego oka dziecka.

Kolejna kwestia to książeczka zdrowia.
Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego pierwsza strona jest zamazana.
 Myślę, że moja mama nie upilnowała zbytnio tego szczegółu, ale mogło to też wynikać z tego, że ona od początku nie miała zamiaru niczego ukrywać przede mną. Tak więc pewnego letniego dnia wyrwała po prostu pierwszą kartkę na której widniało całe moje życie do okresu adopcji. Nie całe. No właśnie. Do roku bodaj 95 widziałam pieczątki ze szpitali z miasta w którym nie mieszkam. To też budziło pewne podejrzenia.

Grupa krwi. 
Mimo, że zasady dziedziczenia są skomplikowane i czasami potrafią zaskoczyć dowiadując się, później w moim nastoletnim życiu, że mam grupę krwi B dało mi to kolejny dowód na to, że nie są to moi rodzice. Myślę, że temat jasny i nie wymaga rozwijania :)

Podobieństwo.
Obcy ludzie często upierają się przy tym, że jestem podobna do ojca tak naprawdę uważam, że nie mam nic po nim, a po matce już tym bardziej. Kwestia podobieństwa jest bardzo, że tak powiem kontrowersyjna bo w pewnym sensie każdy jest podobny choć trochę do innej osoby. Może trafić się dziecko które jest wypisz wymaluj jak rodzice zastępczy. Jednak są też przypadki gdy to podobieństwo jest praktycznie niezauważalne. Gdy jako dziecko widziałam rodzeństwo od razu spostrzegałam między nimi podobieństwo i do ich rodziców także. Stało się to moją obsesją której do tej pory nie potrafię wytępić.
Natomiast ja już od podstawówki nie widziałam, żadnych cech wspólnych. Inne oczy inne włosy inny nos inny wzrost. Może głupie, ale dawało do myślenia.

Zupełny akt urodzenia 
Mimo że adopcja może być całkowita i tajna, to w zupełnym akcie urodzenia wpisani są owszem rodzice adopcyjni - jednak sporządzany on jest później niż nasze urodzenie. Budzi  to pewne pytania.
Jeżeli w takim akcie będą wpisani rodzice biologiczni, to nieświadomy dorosły zderzy się z rzeczywistością.


Dochowanie tajemnicy jak już mówiłam jest bardzo ciężkie. Dowiedzieć się można od rodziny, sąsiadów, obcych, dzieci czy nawet księdza, albumu rodzinnego, książeczki zdrowia. Ze wszystkich stron.
A więc przed wami drodzy rodzice ciężkie pytanie. Czy da się tą tajemnicę dochować ? Moim zdaniem jeżeli nie wyjedzie się z miejsca zamieszkania - nie ma nawet o tym mowy. Zawsze znajdzie się ktoś życzliwy.

Dlaczego jeszcze warto powiedzieć?
Ponieważ, często u lekarza pada pytanie - a jak w rodzinie? Jakie choroby? Moja odpowiedź jest zawsze taka sama - nie mam takich informacji.
Gdy dziecko nie wie, że jest adoptowane może czasem tracić czas i zdrowie albo leczyć się na coś ( w przypadku niekompetentych lekarzy) na co tak naprawdę są nikłe szanse że ma, zamiast skupić się na tym co mówią objawy. Być może rzeczy zakładane przez lekarzy, że się odziedziczyło w ogóle nie maja sensu. Wszyscy chyba wiemy jaką mamy służbę zdrowia.

Kiedy jest najlepszy okres?
Ciężkie pytanie. Jak mówię mój wiek szkolny 1-4 klasa  okazał się trafionym. Lecz jak wspominałam w pierwszym poście wcale nie musi taki być. Wiem jednak czego nie należy kategorycznie robić:
- nie dopuścić do tego by powiedział to ktoś inny niż rodzice.

Zapraszam do zadawania pytań :)



2 komentarze:

  1. A ja opowiem, jak to było u mnie.

    Moja mama usiadła ze mną przy stole, gdy miałam chyba 3, czy 4 lata i wytłumaczyła, że prawdziwa matka, to nie ta, która urodziła, ale ta, która wychowała i że mnie urodził ktoś inny, a ona mnie wychowuje. Ja to przyjęłam, jako rzecz najnaturalniejszą pod słońcem i poszłam dalej się bawić. Uważam, że był to sposób fantastyczny i w odpowiednim czasie. Później przez wiele lat po prostu sobie myślałam, że fajnie się złożyło, że mam rodzinę, babcię, ciocie, rodziców, którzy mnie kochają, bo mogłabym tego nie mieć.

    Problem w tym, że sprawa była bardziej skomplikowana. Była to adopcja wewnątrzrodzinna, to znaczy moja mama adopcyjna jest siostrą matki biologicznej, która ma jeszcze dwójkę dzieci (moje rodzeństwo). O tym dowiedziałam się dopiero w gimnazjum i było to dla mnie trudne. Nie robiłam buntu, awantur, histerii, ale zaczęłam czuć ból, że dwójkę dzieci zostawiła przy sobie, a mnie oddała i dlaczego. Czułam też ból dlatego, że przez lata moje kontakty z tamtą rodziną były ograniczane, lustrowane (a jak na złość miałam z siostrą-kuzynką doskonały kontakt w dzieciństwie), każdą wizytę musiałam opowiedzieć ze szczegółami, bo mama bała się, że będę chciała do nich wrócić. Po drugie nie mogłam o tym nikomu opowiadać, bo to tajemnica, a życie z tajemnicą jest jak niesienie ogromnego kamienia na plecach - z nikim nie można porozmawiać, choć wszyscy o tym wiedzą. Moja relacja z siostrą została przez rodzinę zniszczona - ciągłe obgadywanie nas, lustrowanie sprawiło, że zaczęłyśmy wierzyć w te opowieści - ja o niej, ona o mnie - i przestałyśmy sobie ufać.

    Jestem zdecydowanym zwolennikiem życia w prawdzie - na każdym polu. Jeśli zamierzam coś ukrywać, to widocznie jest to coś złego i powinnam przestać to robić. Lubię być szczera z ludźmi, bo to oczyszcza, nie muszę udawać, kłamać. Dlatego sądzę, że dobrze jest powiedzieć dziecku całą prawdę jak najwcześniej i pozwolić mu o tym mówić, nie udawać przed światem, że to nasze biologiczne dziecko, ale traktować to jako rzecz normalną, naturalną. Jeśli temat adopcji będzie tematem tabu w rodzinie, będziemy się spinać, unikać go, to dziecko to wyczuje i też będzie niespokojne. Jeśli będziemy traktować temat normalnie, chętnie go podejmować, a nawet utrzymywać kontakt z innymi rodzinami adopcyjnymi, czy zastępczymi, to dziecko też przyjmie to jako normalne. Jako po prostu kolejny rodzaj rodziny. I tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za Twój komentarz. Nie potrafię sobie wyobrazić bólu jaki czułaś dowiadując się kim jest Twoja biologiczna matka, że jest tak blisko.
      Zgadzam się ze wszystkim co piszesz, robienie z adopcji tajemnicy rzutuje na to, że dziecko czuje się gorsze bo jak sama to ujęłaś "widocznie jest to coś złego".
      Zdrowy stosunek do adopcji to podstawa zdrowego poczucia wartości dziecka.

      Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń