sobota, 30 kwietnia 2016

Miłość dziecka z RAD

Czy dzieci z RAD potrafią kochać?

Potrafią jednak nie jest to miłość jaka jest powszechnie znana i oczekiwana.
Gdy wymagamy miłości to każdy z nas chce być kochany w sposób taki jaki zna, jaki oczekuje, jaki jest najodpowiedniejszy. Gesty takie jak przytulanie, całowanie itp.
Przyjmijmy miłość jakakolwiek jest, niedojrzała, kulejąca. Objawiająca się drobną laurką, martwieniem się dziecka o los rodziców. Drobne gesty które dla was mogą się wydawać nieistotne, mogą być okazaniem przywiązania dziecka do rodzica. Dzieci okazują miłość w sposób taki jaki znają.

Czy dzieciom z RAD cierpią na brak uczuć wyższych ?

Z pewnością nie umieją oceniać swoich uczuć, większość jeżeli okazuje jakieś uczucia to są one wyuczone, albo są elementem taktyki.

Czasem całe dobro włożone w zranione dziecko odwraca się do nas najgorszym złem.

Dlaczego?
Dzieci z zaburzeniami nie budują prawidłowych relacji z osobami słabymi. Osoba chora, depresyjna, uległa, zbyt uczuciowa, nadwrażliwa, bez oznak siły wewnętrznej, twardej konsekwencji oraz stanowczych decyzji jest z góry na straconej pozycji.
Dziecko potrzebuje wymagań aby nie wejść na głowę swoim zachowaniem, nie podporządkowywać sobie rodziców. Nie można dopuścić do wykorzystywania rodziców przez dziecko. Do manipulacji. Jeżeli raz, drugi sobie na to pozwolimy to już nigdy się z tego nie uwolnimy.

Przykład? Nie chciałam wychodzić z rodzicami miałam wtedy z 4 -5 lat. Rodzice znaleźli na to sposób - ,,chodź kupimy Ci zabawkę". A więc kiedy tylko kupili mi zabawkę to ja do domu chce iść, histeria, krzyk, płacz. Mama była uległa i uczuciowa, bardzo liczyło się dla niej zdanie innych, więc nie chciała pozwolić na takie moje wybuchy złości. Przekupywała mnie za każdym razem, gdy na coś się nie zgadzałam, albo zaczynałam histerię. Bo "co ludzie powiedzą". Histeria dziecka przecież to wstyd. Tak więc, to był mój sposób manipulacji nią. Dzieci czują słabość. Sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić. Gdy zezwolimy im na za dużo. Wpadniemy w pułapkę.

Maluchy matkę adopcyjną podświadomie o wszystko obwiniają i karzą. No tak, dzieci z RAD czują się bardzo nieszczęśliwe. Często gorsze od innych lub też przesada w drugą stronę - lepsze od innych.

W dorosłym życiu RAD przekłada się na nieumiejętność budowania prawidłowych związków z drugim człowiekiem. Osoby takie w większości dążą do samodzielności. Ufają tylko sobie, wymagają od innych zbyt wiele. Nie widzą tragedii w tym, że będą same. Jeżeli nigdy nie nawiązały prawidłowej relacji - z rodzicami. To zawsze czuły się samotne, więc trochę są przyzwyczajone do tej samotności. Często uważają, że nie potrzebują drugiej osoby.

Bezpieczeństwo. To jest najważniejsze dla dzieci z RAD. 


Wasze propozycje

Zachęcam was do proponowania w komentarzach tematów jakie chcielibyście bym poruszyła na tym blogu :)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozwiązanie przysposobienia - hańba czy wybawienie?

Nie każda decyzja słuszna jest decyzją moralną.

To zdanie zdaje się dobrze opisywać ten problem.
Rodzicielstwo zawsze wiążę się z poświęceniem. Jeżeli nie jesteście na to gotowi, to lepiej odłóżcie tę decyzję w czasie.

Wiele znam historii i moja po części też taka jest, że rodzicom przeszło przez myśl czy nie oddać dziecka. Było to oczywiście spowodowane nie radzeniem sobie z nim. Również z pewnym zawodem - przecież to miał być aniołek a wyrósł diabełek. Istotne jest w tym by szukać pomocy. Moim zdaniem dzieci nie rodzą się złe. To zło może być zaszczepione w pierwszych miesiącach życia przez nie dbanie o jego potrzeby, porzucenie. Stąd często dzieci adoptowane są nerwowe.

Jeżeli pomimo terapii, cierpliwości waszej i wszelkich starań pomocy sobie, i dziecku nie dajecie sobie z nim rady moim zdaniem nie ma nic złego w rozwiązaniu przysposobienia.
Pamiętajcie drodzy rodzice, że wasze zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak zdrowie malucha. Jeżeli dojdzie do załamania nerwowego nigdy nie będziecie w stanie wychować go tak jak zakładaliście. Bardzo możliwe jest później to, że cały czas będziecie mu wypominać jakie było, i ile dla niego poświęciliście. Będziecie żądać od niego wdzięczności. Chociaż wydaje się to naturalną sprawą wcale tak odbierana przez dziecko adoptowane nie jest. Czuje się wtedy inwestycją, dłużnikiem a nie prawdziwą pociechą. Czuje, że jest winne więcej niż biologiczne dzieci. A przecież to nie one was wybrało.
Wasz zawód może też doprowadzić do braku akceptacji dziecka, a to ma ogromny wpływ na jego psychikę. Nie nawiąże z wami więzi i wy z nim także, bo będziecie nim rozczarowani. Jak widać do niczego dobrego to nie doprowadzi. Zaszkodzicie zarówno sobie jak i dziecku.

Chociaż przysposobienie jest uważane za błogosławieństwo wcale takim błogosławieństwem dla dziecka nie musi się okazać. Jeżeli rodzice będą zasypywać je pretensjami o to, że jest jakie jest, że je wzięli - to będzie to dla niego przekleństwem, gdyż bardzo mocno odbije się na jego późniejszym życiu. Odwaga i umiejętność powiedzenia sobie "nie dam rady" jest kluczowa, może okazać się wybawieniem zarówno dla was jak i dla dziecka.

Mało mówi się o niewystarczającej gotowości rodziców do adopcji, jednak jest to bardzo często spotykane. Moja historia jest tego dowodem.

Adopcja jest wybawieniem tylko wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo cierpliwości i są przygotowani na ten krok. A także nie mają żalu o to jakie dziecko "im się trafiło".

Rozwiązanie przysposobienia nie jest hańbą. Jest niejednokrotnie decyzją słuszną.
Oddanie dziecka z powrotem do ośrodka wcale nie musi być dla niego krzywdą - czasami trwanie w nieudanej adopcji okazuje się być tak samo bolesne jak pobyt w domu dziecka.

Jeżeli więc nie radzicie sobie z dzieckiem, a próbowaliście już wszystkiego warto jest złożyć pozew o rozwiązanie przysposobienia. Nie wiąże się to wcale z porażką wychowawczą. A dobry ratownik - to zdrowy ratownik.

Wypominanie dziecku, wmawianie, że jest psychiczne, zarzucanie go pretensjami, porównywanie do rówieśników, oczernianie biologicznej rodziny, ciągły żal do dziecka, wymuszanie wdzięczności, jak wy byście się poczuli?

wtorek, 19 kwietnia 2016

Czy szukać rodziców?

Każde dziecko adoptowane, będzie zastanawiało się nad swoją historią. Nad tym dlaczego jest takie a nie inne i dlaczego zostało porzucone. Nie wińmy ich za tą ciekawość. Dużym błędem jest także to, że często uważamy taką ciekawość za zdradę. Zdradę wobec rodziców adopcyjnych.
Jednak nieznajomość własnej historii może doprowadzić do kryzysów i problemów z własną tożsamością z własnym ''ja''.

Pytaniem zasadniczym jest czy chcę wiedzieć kim byli moi rodzice? 
Mimo wszystko? Pomimo tego, że mogę być ze związku kazirodczego, że matka mogła pić, ojciec być kryminalistą. Mogli być nastolatkami, którzy nie daj boże zmądrzeli i będą oddania do adopcji żałować? Równie dobrze mogę być dzieckiem własnej siostry - o której myślałam, że była moją siostrą, a okazała się matką? Mogli to być ludzie którzy mieszkają w tym samym mieście i mijam ich codziennie nie wiedząc o tym, albo upośledzeni?

Czy bardziej interesuje mnie kwestia rodzeństwa?

Mnie zdecydowanie bardziej interesuje kwestia rodzeństwa. Czasami lepiej o niektórych sprawach nie wiedzieć. Rodzeństwo też, zdecydowanie nie przyczyniło się do tego, że zostaliśmy porzuceni. Prawdopodobnym jest, że oni także przeżyli to samo.

Czy warto szukać rodziców biologicznych?
Czasami warto, po to by dowiedzieć się, że nigdzie nie mielibyśmy lepiej niż u tych którzy nas adoptowali. Często dopiero konfrontacja twarzą w twarz z biologicznymi rodzicami uświadamia nas, że czasy sierot w domach dziecka minęły i o wiele więcej dzieci porzuconych, oddanych, zabranych to dzieci z rodzin patologicznych.

Warto też poznać swoją historię ze względu na choroby jakimi możemy być obarczeni. Wiele przecież się dziedziczy.

Dlaczego czasami lepiej nie szukać? 
Żeby się nie zawieść, żeby nie poczuć się podwójnie porzuconym. Żeby nie dołożyć sobie zmartwień. Żeby nie wpędzić się w jeszcze większy kryzys. Moi rodzice są ćpunami, czy ja też będę?

Szukając rodziców biologicznych i poznając własną historię trzeba być przygotowanym na najgorsze. Takie jest moje zdanie. Bujanie w obłokach, że rodzice nas kochali ale musieli, albo że jesteśmy sierotami nie ma sensu, bo możemy się bardzo rozczarować. Trzeba być gotowym psychicznie na rozpoczęcie poszukiwań.

Krok pierwszy jaki należy poczynić to zupełny akt urodzenia lub też wgląd do księgi jeżeli w akcie nie ma żadnych informacji.

Czy mówić rodzicom, że zamierzam szukać?
Zależy to tylko i wyłącznie od nich. Ich charakterów. Jestem zwolenniczką nie ukrywania przed dzieckiem historii i pokazania mu dokumentów. To może zaspokoić jego ciekawość.

Nie ma co czarować. Szukanie biologicznych rodziców jest zawsze bolesne dla tych którzy nas wychowali.

Czy będą potrafili się z tym pogodzić? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.

Tymczasem zupełny akt urodzenia niczego nowego nie wniósł do mojej wiedzy. Konieczny jest wgląd do księgi.

piątek, 15 kwietnia 2016

Porzucenie dziecka a kwestie zdrowotne.

Oprócz zaburzeń natury psychicznej porzucenie dziecka wiąże, ze sobą dużo konsekwencji zdrowotnych dla malucha. Mówię tu o dzieciach bez FAS i wad wrodzonych - o teoretycznie zdrowych.

Porzucenie automatycznie wiąże się z tym, że dziecko nie jest karmione piersią. Co moi drodzy ma piorunujący wpływ na jego późniejsze życie. Żadne mieszanki żywieniowe nie zastąpią mleka matki.
To ono buduje naszą odporność i florę jelitową.
Dzieci które nie były karmione piersią są bardziej narażone na problemy gastrologiczne. Nie mają flory bakteryjnej człowieka - tylko sztuczną. Trwają badania nad powiązaniem autyzmu z zaburzoną florą jelitową i są one zaskakujące. Zachęcam was do zgłębienia tego tematu.

Maluchy, które nie były karmione piersią są także bardziej narażone na infekcje, alergie, problemy dermatologiczne. Flora dziecka nigdy nie będzie taka jaka powinna być. Czasami objawy potrafią się ujawnić dopiero w wieku nastoletnim, lub po przebyciu antybiotykoterapii.
Często również nie tolerują laktozy czyli cukru mlecznego.

Dużo też zależy od ośrodka w którym przebywa dziecko, czy jest tam zachowywana higiena, czy nie marźnie itp. Samo to, że przebywa w większej grupie czyni je bardziej narażonym na zarazki. Ciągła walka z infekcjami - może wcale nie uodparniać malucha, tylko wręcz przeciwnie - osłabiać jego odporność, gdyż jest leczony antybiotykami itp. Wyniszczają one ubogą i tak florę bakteryjną.

Popatrzcie moi drodzy, ile zależy już od pierwszych dni życia. Pytanie które nasuwa mi się często to - jak można porzucić własne dziecko?


czwartek, 14 kwietnia 2016

Dlaczego adopcja się nie udaje?

 Adopcja nie udaję się częściej niż myślimy. Powodów tego jest całe mnóstwo i postaram się większość z nich tutaj opisać.

Mała wiedza o zaburzeniach dzieci adoptowanych.
Chociaż adoptujemy malucha bez wad wrodzonych, nie oznacza to, że nie będzie miał zaburzeń psychicznych. Wiedza o nich jest bardzo istotna. Rodzice muszą znać je wszystkie i ocenić czy są na nie gotowi. A najlepiej to w praktyce się z nimi zmierzyć.

Zatajenie chorób wrodzonych przez ośrodek.
Nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś była to bardzo częsta praktyka. Kierowana tym, żeby dzieci znalazły dom mimo wszystko. A potem szok niedowierzanie. Odważniejsi rozwiązywali przysposobienie, inni przeklinali los i boga, niejednokrotnie także dziecko.

Brak cierpliwości i wyrozumiałości.
Pomimo świadomości pojawienia się problemów nasza cierpliwość okazuje się nie wystarczająca. Może to doprowadzić do depresji i załamań nerwowych. Jak to mówią teoria nijak ma się do praktyki.
Brak wyrozumiałości dla tego co przeszło dziecko i tego, że zostawiło to na nim swój ślad. Myślimy, że małe dzieciątka nie mogą wiedzieć, że zostały porzucone.  Podświadomie wiedzą. RAD jest tego przykładem.

Nierealne oczekiwania.
Moja córcia miała nosić sukieneczki, przytulać się, być łagodna jak baranek i zostać nauczycielką. Nie. Wygórowane wymagania są dużą krzywdą dla każdego dziecka. Istotnym w wychowywaniu jest to by dziecko nie popadło w kłopoty. To, że woli niebieski od różowego nie powinno stanowić dla nas żadnego problemu. Nie realizujmy siebie poprzez nasze dzieci !!!

Nieprzekonanie jednego z małżonków do adopcji.
"Zgodziłem się bo żona nalegała" A później ja tej żonie nie pomagam, bo to ona nas wpędziła w to bagno. Przygotowani muszą być zarówno mąż jak i żona. Wzajemnie się wspierać i trwać w zdrowym małżeństwie. Nie obwiniać dziecka, że sprawia problemy, ani drugiego małżonka, że  wyszedł z inicjatywą adopcji.

Nie szukanie pomocy.
Może to wynikać ze wstydu i upartej chęci pokazania światu, że moja dziecko jest aniołkiem i jest takie jak inne, a nawet lepsze. To krzywda zarówno dla was jak i dla niego
Również może wynikać z poddania się. "Nic i tak nam nie pomoże". Trzeba szukać i próbować, jeżeli nie ten psycholog/psychiatra to inny.

Pragnienie dziecka przysłania rozsądek.
Za wszelką cenę dziecko, dziecko, dziecko. Obsesja i wygórowane oczekiwania idą ze sobą w parze. Mój maluch będzie spokojny łagodny miły kochany. A potem tragedia i pretensje do całego świata bo miało być kolorowo a nie jest. Żadne rodzicielstwo nie jest tak naprawdę kolorowe.

Złe traktowanie dziecka w ośrodku.
Znam historie w których dzieci z którymi opiekunki w ośrodkach nie potrafiły sobie poradzić - biły je, wystawiały na mróz, zamykały w kanciapach. Nie ma szans, żeby to nie wpłynęło na ich psychikę.

To niektóre z powodów, oczekujcie drugiej części.

Pamiętajcie: trwanie w nieudanej adopcji jest o wiele gorsze niż rezygnacja z niej! 

Temu tematowi poświęcę osobny post.

Zapraszam do wyrażania opinii :)

wtorek, 12 kwietnia 2016

RAD - co jeszcze warto wiedzieć.

Mimo, że taka sytuacja jak moja - brak akceptacji, może zdarzyć się w każdej rodzinie to jednak w przypadku adopcji - boli dwa razy bardziej, ponieważ czujemy się podwójnie porzuceni.
To rodzi trudności w zaufaniu komukolwiek, lub ufa się wszystkim tylko nie rodzicom.

Nie wiem jaka byłam będąc noworodkiem ale podejrzewam, że objawy które przypisywane są temu etapowi życia w zdecydowanej większości przejawiałam.
Będąc już po 20 zastanawiało mnie dlaczego tak dziwnie zachowywałam się od małego - chodzi o to, że odkąd mnie adoptowano (miałam 2-3 lata) unikałam matki i miałam wybuchy złości przy niej. Krzyczałam na nią, nie dawałam się przytulać itd.
Gdy natrafiłam na artykuł o RAD, przeżyłam szok. Miałam i mam nadal sporo objawów. Rad tłumaczy to dziwne zachowanie - dlaczego będąc małym dzieckiem które teoretycznie nic nie pamięta z ośrodka - od początku adopcji unika matki adopcyjnej mimo, że tak naprawdę nic mu nie zrobiła.

Czasami w takich momentach rodzice zadają sobie pytanie - przecież dałam mu wszystko a ono mnie tak traktuje? Robi tak, nie ze swojej winy. I w takich sytuacjach konieczne jest szukanie pomocy, a także wiedzy - dlaczego tak robi.

Mimo wszystko nie mam raczej pełnego zespołu zaburzenia więzi, ponieważ wiem co to dobro i zło, nie mam problemów z używkami i prawem. Posiadam empatię, jednak mam problemy z zaufaniem, związkami oraz okazywaniem uczuć.Wszędzie wypatruję zagrożenia. Stała pozycja obronna przed każdym i w każdej sytuacji. Doszukuję się kłamstwa i nikomu nie wierzę dopóki sama nie udowodnię, że mówi prawdę. Wydaje się być proste? Ale uwierzcie tak samo utrudnia życie mi, jak i mojej rodzinie. Ponadto nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie założyć własną rodzinę.

Adoptując dziecko bądźcie przygotowani na problemy i świadomi tego, że takie dzieci potrzebują dużo cierpliwości i wyrzeczeń. A także zrozumienia. To nie jest ich wina, że zostały porzucone. To nie one zgotowały sobie ten los. To wy możecie zadecydować o ich życiu. Pewne cechy rozwijają się już u noworodków. Zespół zaburzenia więzi jest doskonałym przykładem, jak pierwsze miesiące życia wpływają na psychikę człowieka.

Skoro noworodki potrafią odwracać wzrok od rodziców adopcyjnych którzy nic im nie zrobili to jednak jest to dowód na to, że dociera do nich więcej niż byśmy się spodziewali.

niedziela, 10 kwietnia 2016

RAD - czyli naucz mnie uczuć.

Powiem szczerze, że jeszcze do niedawna tj. jakiś 2-3 tygodni wstecz od dziś w ogóle nie miałam pojęcia o zaburzeniu o skrócie RAD - czyli zespół zerwanych więzi.

Dowiedziałam się o tym teraz, ponieważ przechodzę ciężki okres w życiu i pewnego rodzaju załamanie nerwowe. Coraz więcej także myślę od jakiegoś roku o adopcji. Wcześniej w ogóle się tym nie przejmowałam, aż do teraz.

Pomimo, że pewnie wiele ludzi uważać może, że RAD to coś wymyślonego na siłę albo zbyt mało zbadanego by można było mówić, że jest to zaburzenie. Z mojego punktu widzenia i analizy własnej osoby mogę powiedzieć COŚ W TYM JEST, RAD może być prawdą  !

Zawsze zastanawiałam się, dlaczego jestem taka dziwna? Nie wynikało to tylko z tego, że jestem adoptowana - przecież miałam w miarę normalnych rodziców (adopcyjnych). Moja mama jest osobą czułą - ubierała mnie w jakieś sukieneczki, przytulanie itd Taka typowa kobietka. Natomiast ja nie przepadałam za jej czułością i stylem.

Przytulanie - od małego tego nienawidziłam i dalej nienawidzę, moja mama katowała mnie tym, a ja płakałam, rzucałam się drapałam i histeryzowałam. Do tego gdy przychodziła po mnie do szkoły - obrażenie z mojej strony, nie odzywanie się do niej, nie łapanie za rękę, słowem - jak najszybciej do domu. W późniejszych latach moja niechęć do niej się pogłębiała. Na mieście udawałam, że nie widzę swoich rodziców. Można by nawet rzec, że się ich wstydziłam. W okresie gimnazjalnym moi znajomi zastanawiali się, czy ja nie jestem jakaś aseksualna? Ponieważ nie rozglądałam się za chłopakami, bo nigdy nie był to dla mnie priorytet i coś bez czego nie mogę się obyć. Nie okazywałam także zbytnio uczuć, a już tym bardziej przy rodzicach.

Wszyscy tworzyli pary itd i kiedy pytali mnie czemu ja tak nie robię to mówiłam, że po co? Mnie to nawet nie bawi, że nie lubię problemów. Nie cierpiałam dostawać prezentów, ponieważ to zmuszało mnie niejako do - pokazania uczucia, radości oczywiście :) Nie myślcie sobie, że jestem jakimś gburem - mam duże poczucie humoru.

Czego nie wolno robić gdy dziecko ma RAD?
Mojej matce nigdy nie ufałam. Nie potrafiła sobie ze mną poradzić - właśnie ruszała mnie, próbowała przytulić zaczepiała - ja wolałam być sama, a ona mi przeszkadzała co mnie bardzo denerwowało już od maleńkości. Rozczarowała się mną już w pierwszym roku adopcji. Tylko raz byłam na badaniach w podstawówce na ADHD i nic nie stwierdzili. Nadpobudliwość i złe nastroje włączały mi się dopiero po powrocie do domu. Poza nim, u cioci, babci, znajomych, w szkole ja byłam całkiem innym człowiekiem. Gdy tylko wracałam do domu stawałam się nerwowa i dalej tak mam. Szkoda, że nie domyśliła się, że te problemy mogą wynikać właśnie z porzucenia.

 Zamiast tego zrobiła coś czego nikt z was rodzice adopcyjny NIGDY NIE MOŻE ZROBIĆ. Mianowicie wmawiała mi, że jestem świernięta ( raz mi nawet powiedziała, że po biologicznej ciotce), że jestem inna - "A Martyna to... a Ania to.... a Ty jesteś jakaś dziwna, inne dzieci zachowują się normalnie czemu Ty tak nie możesz?" I to zaczęło się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, ciągłe porównywanie do kogoś - tylko zobaczyła mnie na mieście z kimś to wypytywała co to za koleżanka - ,,Czy ona też tak się denerwuje często i drze się na własną matkę ?" Czemu Ty masz tak mało koleżanek ja w Twoim wieku..... i tak w kółko. Doprowadziło to?
Doprowadziło to do tego jak się pewnie domyślacie - do jeszcze większego unikania jej na mieście i uciekania od rozmowy z nią. Ponieważ wiedziałam, że co nie powiem, nawet o jakieś pierdółce, o kimś, to ona obróci to pewnego dnia przeciwko mnie. I tak jest do dziś. Dalej mnie nie akceptuje i chyba nigdy tego nie zrobi - ponieważ nie jestem taka jak inne dzieci.

Mimo wszystko nie mam do niej żalu - myślę, że jej postępowanie mogło wynikać z niewiedzy o dzieciach adoptowanych - było to ponad 20 lat temu, no i z czego? Charakteru? Nie wiem - wiem, że byłam strasznym dzieckiem, ale z drugiej strony adoptując powinna była być przygotowana na problemy. Nie ma nic gorszego niż nie akceptowanie dziecka i nie szukanie pomocy. Drodzy rodzice. Wychowanie dziecka porzuconego jest bardzo ciężkie. Musimy uzmysłowić sobie, że dzieci nigdy nie są takie jakie chcemy, musimy akceptować i małymi kroczkami próbować budować więź. Moja matka - zrezygnowała z tego - łatwiej było jej wmawiać, że jestem świrnięta niż próbować mi pomóc. Przykre ale prawdziwe.

Mimo, że mam już trochę lat mogę powiedzieć jasno - nigdy jej nie zaufałam, bo ona nigdy mnie nie akceptowała i w nic mi nie wierzyła. Każda rozmowa na błahy temat typu obracała przeciwko mnie. Doprowadziło to do tego, że prawie 6 lat minęło, zanim poznała moją najlepszą przyjaciółkę - jak się domyślacie przypadkiem bo nie zapraszałam nikogo do domu. Unikałam ją jak mogłam...

Mimo, że nie zabijamy się na każdym kroku - to wiem, że ta więź między nami nie jest taka jaka powinna być - kocham ją na swój sposób jednak dalej jej unikam. Dalej gdy wracam do domu jestem kłębkiem nerwów. Dalej wolałabym ją nie widzieć na mieście. Miała nauczyć mnie miłości ale poddała się.
Ale wy moi drodzy czytelnicy NIE PODDAWAJCIE się. I AKCEPTUJCIE  się.

Temat będę kontynuować. Proszę was o komentarze. Jak to jest u was ? Czy spotkaliście się z RADEM?:)

środa, 6 kwietnia 2016

Adopcja w Polsce

Nie poruszę w tym poście tematu jak zaadoptować dziecko, lecz to jak taka sytuacja jest postrzegana i co bym zmieniła w prawie.

Adopcja bywa swego rodzaju tajemnicą nawet jeżeli dziecko o tym wie, to nie chodzi na lewo i prawo i nie rozpowiada o tym. Od wielu lat i  w zasadzie dalej jest taka mentalność, że adopcja jest czymś wstydliwym. Wstyd, który ciągnie się za człowiekiem całe życie.

Również prawo sprzyja tajemnicy bo do 18 roku życia nie mamy szansy dowiedzieć się o biologicznych rodzicach. Jak wszystko w życiu ma to swoje zalety i wady. Niestety procedura uzyskania informacji o rodzeństwie jest bardzo trudna i nierzadko zmusza do konfrontacji z rodzicem biologicznym, co nie każdemu odpowiada. Ja wolę poznać rodzeństwo a nie rodziców.

Zmiany w prawie które bym poczyniła to przede wszystkim:
wykazywanie w zupełnym akcie urodzenia ZAWSZE rodziców biologicznych - bywa tak, że pomimo adopcji nie są ujmowani i jedyną możliwością aby uzyskać takie ich nazwiska jest wgląd do księgi w urzędzie stanu cywilnego właściwym dla urodzenia.
Również w takim akcie ujmowałabym rodzeństwo, lub bodaj tyle którym dzieckiem matki się jest - czy 1, czy 2, czy 3, byłaby by to doprawdy szczątkowa informacja, ale dała by jakieś rozeznanie - lepszy rydz niż nic.

Adopcja kiedyś była łatwiejsza nie znaczy, że lepsza - nie było mówione co to jest RAD i FAS a także inne zaburzenia, skupiano się na chorobie sierocej co jest kroplą w morzu. Tematy te powinny być przedstawiane dobitnie ponieważ 99 % porzuconych dzieci ma jakieś zaburzenia emocjonalne jak np. zespół zerwanych więzi.

Obecny długi czas oczekiwania na dziecko jest z jednej strony dobry - ponieważ rodzice więcej wiedzą - ale i zły gdyż dzieci na tym cierpią.

Kiedy dziecko powinno być adoptowane?
Moim zdaniem od razu po urodzeniu. Przygotowania do adopcji powinny być możliwie jak najkrótsze - kwestia paru miesięcy ze wszystkimi formalnościami (badaniami szkoleniem)- może 2 ? Jednak powinny trwać jeszcze pół roku po adopcji i obejmować szkolenia itd. Tak by rodzic wiedział, że w razie problemów nie jest pozostawiony sam sobie, a także by jak najwięcej dowiedział się o zaburzeniach które mogą powstać już w pierwszych miesiącach życia.

Mogłoby to się odbywać na zasadzie preadopcji. Po pół roku do roku po 'preadopcji' odbywałaby się sprawa sądowa i przysposobienie. Jeżeli oczywiście orzecznik odwiedzający rodzinę uznałby, że spełnia warunki.

Wydaje mi się, że takie rozwiązanie jest lepsze niż pozostawianie dziecka w ośrodku gdzie twarze zmieniają się co chwile. Jeżeli w pewnym okresie po adopcji uznano by, że rodzice się nie nadają - dziecko zostało by zabrane. Pierwsze miesiące życia z jedną rodziną są o niebo lepsze niż w ośrodku.

Przecież w przypadku normalnego rodzicielstwa również można odbierać dzieci w różnym wieku a także nikt tych rodziców nie bada czy się nadają. Myślę, że czas by zaadoptować dziecko jest stanowczo za długi, owszem kierowany dobrem dziecka ale im dłuższe przebywanie w ośrodku tym gorzej. A szukanie odpowiednich rodziców może trwać latami. Czas rodziców biologicznych na zmianę decyzji - 6 tygodni jest również za długi. Powinno być to maksymalnie 2 tygodnie. A dzieci od razu trafiałyby do rodzin preadopcyjnych - nie ważne czy rodzić zrzekł się praw czy nie.

Domy dziecka?
Najlepsza sytuacja byłaby taka gdyby w ogóle ich nie było, a w zamian tego same rodziny zastępcze. Niestety nie jest to możliwe na dzień dzisiejszy. Z jednej strony bo mało jest takich rodzin a z drugiej, że istnieją dzieci które sprawiają trudności wychowawcze i są obarczone chorobami wrodzonymi. Ale przecież w każdej rodzinie może się zdarzyć chore dziecko.

W domach dziecka umieszczałabym w ostateczności tylko dzieci sprawiające naprawdę duże problemy wychowawcze. We wszystkich innych sytuacjach rozwiązaniem koniecznym jest - preadopcja albo rodzina zastępcza. Wszystkie dzieci pozostawiane po urodzeniu powinny trafiać od razu do rodzin preadopcyjnych.

Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Jakie macie pomysły by poprawić tą sytuację?

wtorek, 5 kwietnia 2016

Czy mówić dziecku, że jest adoptowane?

No właśnie,
wielu z was obecnych i przyszłych rodziców adopcyjnych zadaje sobie to jedno bardzo istotne pytanie. To jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiednim czasie, nieodpowiednim miejscu, przez nieodpowiednich ludzi może zrujnować małego człowieka. Tak dokładnie. Lecz może zacznę od swojej historii.

Nie wiem kiedy dokładnie mnie adoptowano wiem, że było to między 2-3 rokiem życia. Więc dziecko małe, lecz nie tak małe jakby wielu rodziców chciało, i wystarczająco duże by pewne rzeczy zostały w nim zakorzenione na zawsze (o tym napiszę w innym poście).
O tym, że nie jestem biologicznym dzieckiem usłyszałam od matki jakoś w podstawówce - nie potrafię powiedzieć kiedy myślę że było to między 1-4 klasą. Mama po prostu mi to powiedziała gdy stałam w łazience. Nie pamiętam dokładnych słów, bo też w tamtym momencie nie chciałam ich pamiętać. Jesteś adoptowana - dobra okej. Uznałam, że tak musi być. W sumie olałam to na bardzo bardzo długi czas. Być może właśnie wiek 7-11 jest najlepszym okresem na poinformowanie o adopcji.

Warto czy też trzeba powiedzieć dziecku, że jest adoptowane ?
Z paru względów warto.
Przede wszystkim, z racji tajemnicy. Naprawdę uwierzcie mi ciężko jest dochować tajemnice adopcji. Wiele jest opowieści w internecie jak to dzieci się dowiedziały od ludzi obcych o tej sprawie i narastał w nich bunt.

Życzliwi dorośli.
Najgorsza sytuacją jest moment kiedy mówi to obca dorosła osoba dziecku. A już definitywnie najgorszy jest okres nastoletniego buntu. Dziecko czuje się oszukane okłamywane dosłownie 'świat wali się mu na głowę'
Dlaczego?
Ponieważ pojawiają się obawy i pytania które wcześniej NIE ISTNIAŁY. 
Skąd pochodzę? Kim byli moi rodzice? Dlaczego mnie oddali? Dlaczego mi nie powiedzieli? Czy mam rodzeństwo?

Ja w tamtym wieku nie zadałam sobie takich pytań - nie wiem czy to wynikało z tego, że byłam za mała by o tym myśleć ? Czy też nie chciałam nad tym się zastanawiać? Lecz wystarczająco byłam duża by zapamiętać, że te słowa padły.

Inne dzieci.
Drugą kwestią którą chcę poruszyć jest fakt, że dziecko może się dowiedzieć od innych dzieci - to również okropna sytuacja i jedna z najgorszych.Wynika to przede wszystkim z tego, że rodzice obgadują cudze dzieci przy swoich.
Jak wiemy maluchy szybko podłapują to i rodzą się drwiny później w stosunku do pociechy adoptowanej.

Do dziś pamiętam dzieci z podwórka które mówiły mi - ale to nie są twoi rodzice ! Ty jesteś adoptowana ! To nie jest Twoja matka ! Jesteś z domu dziecka.
To siedzi w człowieku całe życie. Dziecko czuje się gorsze i głównie z tego bierze się później niska samoocena. Tak więc usłyszenie prawdy od dzieci jest tak samo możliwe jak od dorosłych.
Chyba że rodzice adopcyjni wyjadą do innego miasta i zaczną nowe życie - w takim środowisku zdecydowanie łatwiej dochować tajemnicę. Lecz też nie jest powiedziane, że na zawsze.

Nie potrafię powiedzieć czy najpierw dowiedziałam się tego od mamy czy od dzieci. Mogło być tak, że słowa mamy być może nie zaszokowały mnie, gdyż spodziewałam się, że one padną. Przeczuwałam to. Niemniej jednak zarówno matka jak i dzieci powiedziały mi o tym. Kto pierwszy? Nie potrafię stwierdzić jednak przychylałabym się bardziej ku temu, że mama.

Bardzo apeluje do rodziców by nie rozmawiały o innych dzieciach przy swoich.

Rzecz dosyć ciekawa którą teraz poruszę to albumy ze zdjęciami.
Kiedyś gdy wzięłam jeden do rąk zorientowałam się, że nie ma mnie tam jako bobaska. No halo? Dziwne. Jak to? To rodziło pewne pytania i podejrzenia. Na każdym zdjęciu stoję już na nogach i wyglądam na 3 lata najmniej. Rzecz o której drodzy czytelnicy być może byście nie pomyśleli, ale dosyć istotna dla czujnego oka dziecka.

Kolejna kwestia to książeczka zdrowia.
Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego pierwsza strona jest zamazana.
 Myślę, że moja mama nie upilnowała zbytnio tego szczegółu, ale mogło to też wynikać z tego, że ona od początku nie miała zamiaru niczego ukrywać przede mną. Tak więc pewnego letniego dnia wyrwała po prostu pierwszą kartkę na której widniało całe moje życie do okresu adopcji. Nie całe. No właśnie. Do roku bodaj 95 widziałam pieczątki ze szpitali z miasta w którym nie mieszkam. To też budziło pewne podejrzenia.

Grupa krwi. 
Mimo, że zasady dziedziczenia są skomplikowane i czasami potrafią zaskoczyć dowiadując się, później w moim nastoletnim życiu, że mam grupę krwi B dało mi to kolejny dowód na to, że nie są to moi rodzice. Myślę, że temat jasny i nie wymaga rozwijania :)

Podobieństwo.
Obcy ludzie często upierają się przy tym, że jestem podobna do ojca tak naprawdę uważam, że nie mam nic po nim, a po matce już tym bardziej. Kwestia podobieństwa jest bardzo, że tak powiem kontrowersyjna bo w pewnym sensie każdy jest podobny choć trochę do innej osoby. Może trafić się dziecko które jest wypisz wymaluj jak rodzice zastępczy. Jednak są też przypadki gdy to podobieństwo jest praktycznie niezauważalne. Gdy jako dziecko widziałam rodzeństwo od razu spostrzegałam między nimi podobieństwo i do ich rodziców także. Stało się to moją obsesją której do tej pory nie potrafię wytępić.
Natomiast ja już od podstawówki nie widziałam, żadnych cech wspólnych. Inne oczy inne włosy inny nos inny wzrost. Może głupie, ale dawało do myślenia.

Zupełny akt urodzenia 
Mimo że adopcja może być całkowita i tajna, to w zupełnym akcie urodzenia wpisani są owszem rodzice adopcyjni - jednak sporządzany on jest później niż nasze urodzenie. Budzi  to pewne pytania.
Jeżeli w takim akcie będą wpisani rodzice biologiczni, to nieświadomy dorosły zderzy się z rzeczywistością.


Dochowanie tajemnicy jak już mówiłam jest bardzo ciężkie. Dowiedzieć się można od rodziny, sąsiadów, obcych, dzieci czy nawet księdza, albumu rodzinnego, książeczki zdrowia. Ze wszystkich stron.
A więc przed wami drodzy rodzice ciężkie pytanie. Czy da się tą tajemnicę dochować ? Moim zdaniem jeżeli nie wyjedzie się z miejsca zamieszkania - nie ma nawet o tym mowy. Zawsze znajdzie się ktoś życzliwy.

Dlaczego jeszcze warto powiedzieć?
Ponieważ, często u lekarza pada pytanie - a jak w rodzinie? Jakie choroby? Moja odpowiedź jest zawsze taka sama - nie mam takich informacji.
Gdy dziecko nie wie, że jest adoptowane może czasem tracić czas i zdrowie albo leczyć się na coś ( w przypadku niekompetentych lekarzy) na co tak naprawdę są nikłe szanse że ma, zamiast skupić się na tym co mówią objawy. Być może rzeczy zakładane przez lekarzy, że się odziedziczyło w ogóle nie maja sensu. Wszyscy chyba wiemy jaką mamy służbę zdrowia.

Kiedy jest najlepszy okres?
Ciężkie pytanie. Jak mówię mój wiek szkolny 1-4 klasa  okazał się trafionym. Lecz jak wspominałam w pierwszym poście wcale nie musi taki być. Wiem jednak czego nie należy kategorycznie robić:
- nie dopuścić do tego by powiedział to ktoś inny niż rodzice.

Zapraszam do zadawania pytań :)



Pierwszy krok

Witam,

na tym blogu będę opisywać to, jak na moje życie wpłynęła sytuacja, której nie mogłam przewidzieć i na którą nie miałam wpływu czyli - adopcja.
Czy mówić dzieciom że są adoptowane? Jak ? Kiedy?
Jakie zaburzenia mogą wiązać się z adopcją?
Czym się różni adopcja od normalnego rodzicielstwa?
 Dlaczego moje dziecko jest takie a nie inne?
Jaki ma wpływ przeszłość, biologia na psychikę człowieka?

Na te i wiele pytań postaram się odpowiedzieć z własnego subiektywnego punktu widzenia - z zastrzeżeniem, że nie można odnieść moich słów do każdego dziecka i do każdej sytuacji.

Życzę przyjemnej lektury i chętnie odpowiem na pytania! :)