niedziela, 29 maja 2016

Wdzięczność to pączek, który trzeba pielęgnować

Zastanówmy się, jak wiele razy nie docenialiśmy czyjejś życzliwości?

Ile razy zdarzyło się nam zadrwić z niej?
"Upiekłam na święta masę ciast, a ciocia Krysia przyniosła tylko własnoręcznie robione ozdoby, nie kosztowały jej ani grosza!"
Żeby wychować wdzięczne dzieci należałoby samemu okazywać wdzięczność. Więc zamiast szydzić z prezentu cioci Krysi powiedzmy - "popatrz ile czasu musiała poświęcić ciocia na zrobienie tych ozdób!"

Nie doceniając, a czasami nawet szydząc z czyjejś życzliwości może się okazać, że wychowujemy małych materialistów. No bo jak to dostałem TYLKO SAMSUNGA a nie IPHONA? toż to badziew jest. Dlaczego mam się z tego cieszyć? Dlaczego mam się cieszyć z jakiś drobiazgów. Mało tego, wychowywujemy również ludzi, którzy w przyszłości mogą mieć duże problemy z tym by w ogóle cieszyć się z życia! Błądzenie głową w chmurach i oczekiwanie kosmosów zdecydowanie przysporzy nam więcej zmartwień i rozczarowań niż dostrzeganie tego co mamy.

Przytoczę teraz historię pewnej matki, która nie nauczyła swoich synów wdzięczności. No właśnie czy wdzięczności trzeba dziecko nauczyć? Moim zdaniem tak.

Kobieta miała 2 synów, wyszła ponownie za mąż za człowieka, który ciężko pracował w fabryce. Harował tam jak niewolnik, a zarabiał niewiele. Nowa małżonka przekonała go by wyłożył pieniądze na kształcenie jej synów. Owy mężczyzna musiał znaleźć sobie jeszcze fuchy, by stało się to możliwe. Wychodził rano a wracał, nocą i tak przez 4 lata. O dziwo nigdy nie narzekał! A naprawdę miał powody do narzekania, bo pasierbowie nigdy nie okazali mu wdzięczności. Uważali oni, że jest to normalne, podobnie jak ich matka. Nie przyszło im do głowy, że są winni chociażby podziękowanie.

Kogo w tej sytuacji winić? Tych chłopców? Po części tak, ale równie winna jest ich matka. Nie chciała by jej synowie wchodzili w życie z długiem wdzięczności. Zostawiła ich z poczuciem, że pewne rzeczy im się od życia należą. Później owi chłopcy popadli w długi i kłopoty finansowe, a ich ojczym strasznie podupadł na zdrowiu. Był dobrym człowiekiem, czasem zbyt uległym, a dobrzy ludzie niestety najbardziej w życiu cierpią. Czy mówię, że nie powinien pracować na swoich pasierbów? Oczywiście, że nie ! Zwracam uwagę na to, że nigdy nie przyszło im przez myśl "Tato dziękuję, że zapewniłeś mi takie wykształcenie". Oni widząc ojczyma wracającego nocą nie myśleli o tym, jak wiele zdrowia go to wszystko kosztuje.

 Jak często nie doceniamy czyiś starań, a jak często szarpiemy nasze nerwy podsycaniem żalu o to jaki prezent dostaliśmy? Bo ktoś dostał lepszy, bo komuś lepiej w życiu się powodzi itd. Czy nie lepiej byłoby kierować się zdaniem ,, Niech Pan Bóg/Los da wszystkim ale i o mnie nie zapomni"?

Jak uważacie, czy wdzięczności trzeba dzieci uczyć?

poniedziałek, 23 maja 2016

Jak nie chorować z powodu niewdzięczności? Część 2.

Tak naprawdę to czego brak ludziom chorym z niewdzięczności to troska i miłość. Jednak poczucie żalu i gorycz mogą doprowadzić do tego, że sami nie będą w stanie kochać i troszczyć się.
Czy miłość i opieka do dziecka to koszt który musi zostać nam zwrócony? Jeżeli będziemy tak postrzegać nasze życie, skończymy z załamaniem nerwowym i żalem, rozgoryczeniem, będziemy podduszać wszystkich wokół swoimi narzekaniami, a przede wszystkim oduczymy się jak to jest być szczęśliwym.

Wymagając wdzięczności możemy skazać się na samotność.
Tym bardziej dziwi mnie postawa niektórych rodziców, którzy zdecydowali się na dziecko i chorują z powodu niewdzięczności. Dosłownie doprowadzają się do choroby. Nawiązując do poprzedniej historii o ciotce i 2 bratanicach. Ciotka zrobiła dla nich to wszystko, bo chciała to zrobić. Potem niestety rozchorowała się z samotności i zapomniała co nią wtedy kierowało.
My, adoptując dziecko chcemy je. Decydujemy się na dziecko i jesteśmy tego pewni. Odwiedzamy, bawimy się z nim, poznajemy. Nie tak jak w przypadku "wpadki". Wszyscy wiemy, że istnieją dzieci zaplanowane i nie.
Czujemy się gotowi je pokochać bezwarunkowo. Takim jakie będzie. Kiedy więc ta miłość do niego staję się płatna? Czy adoptujemy dziecko bo chcemy zaopiekować się nowym życiem, czy bo chcemy jego wdzięczności? Te pytania tyczą się zarówno rodziców biologicznych jak i adopcyjnych.
Jeżeli martwimy się kto się nami zaopiekuje na starość czy nie lepiej po prostu odkładać pieniądze na dom opieki niż decydować się na dziecko  w którym zaszczepimy taki obowiązek?

Pod WDZIĘCZNOŚCIĄ tak naprawdę kryje się ZAWSZE coś innego. Zastanówmy się czego nam brakuje?
Miłości, zrozumienia, troski. Czy tak naprawdę ciąży nam samotność i pod postacią wdzięczności "zmuszamy" innych by zwrócili na nas uwagę?

Oczywiście nie wszyscy rodzice oczekują wdzięczności. Ale czasami zdarzają się tacy, którzy z tego powodu "chorują" :)


piątek, 20 maja 2016

Jak nie chorować z powodu niewdzięczności? Część 1.

Niektórzy rodzice mają tendencję do zamartwiania się z powodu niewdzięczności dzieci. Jak sobie poradzić z niewdzięcznością?

Na początek historia pewnej kobiety.
Cierpiała ona przede wszystkim na samotność. Tylko i wyłącznie z powodu własnego charakteru. Każdemu kto ją odwiedzał żaliła się ile to nie zrobiła dla swoich 2 bratanic. Potrafiła o tym opowiadać godzinami każdemu kto ją odwiedzał. Ile to ona dla nich nie zrobiła. Pielęgnowała gdy były chore. Zmieniała im pieluchy. Mieszkały u niej przez parę lat. Jednej sfinansowała nawet studia.

Czy bratanice ją odwiedzają? Tak, ale bardzo rzadko i głównie z poczucia obowiązku. Wiedzą, że przez wiele godzin będą słuchały niedosłownych wyrzutów. Niekończącej się litanii żalu, narzekań, współczucia ciotki do samej siebie. Ile to ja dla was nie zrobiłam ! A wy odwiedzacie mnie tak rzadko.
Może gdybyś ciociu na każdym kroku nie wymagała poklasku za swoje czyny, częściej byśmy cię odwiedzały. A tak całymi godzinami słuchamy wyrzutów. W zasadzie to nic innego nie masz nam do powiedzenia jak to, że powinnyśmy być wdzięczne. I mimo, że jesteśmy wdzięczne to ty oczekujesz nie wiem? Nagrody Nobla? Co powinnyśmy zrobić, żebyś czuła się doceniona? Odwiedzamy cię coraz rzadziej bo już nie możemy znieść Twojego rozgoryczenia. A Ty sama podsycasz swój żal i urazę, zniechęcając do siebie wszystkich wokół.

Czy owa kobieta była zmuszona do zajmowania się bratanicami? Oczywiście, że nie. Zrobiło to bo je kochała! Była dla nich dobra, bo je kochała. Więc kiedy ta miłość ustała? Czy była warunkowa? Będę się wami zajmować i opiekować ale w zamian za to...

Tej kobiecie tak naprawdę brakuje miłości i troski. Ale ona uważa, że potrzebuje wdzięczności. Nigdy. Nigdy się jej nie doczeka, ponieważ jej WYMAGA. Jedyny sposób by otrzymać miłość, troskę to przestać o nią prosić i samemu zacząć ją okazywać z nadzieją na wzajemność, a nie należnością wzajemności

A teraz historia ludzi szczęśliwych.
Pewna kobieta wzięła do siebie swoją matkę. Mimo, że miała sporą rodzinę - męża i 6 dzieci.  Później wzięła do siebie również swoją teściową. Czy te staruszki sprawiały jej problemy? Bardzo często, jednak kochała je. To, że je przyjęła było dla niej naturalne - po prostu coś co chciała zrobić, nie myślała o tym jak bardzo szlachetne to jest. Później sama ona została wdową z 5-ciorgiem dorosłych dzieci. 5 rodzin chciało ją u siebie! Z wdzięczności? Nie! Z miłości. Czystej miłości. Jej dzieci ją uwielbiają. Nic dziwnego. Nauczyła je miłości i życzliwości więc one teraz odwdzięczają się jej tym samym.
Kogo winić gdy nasze dziecko nie jest wdzięczne? Je czy może nas samych? Kto powinien je nauczyć wdzięczności? Temat będę kontynuować.

piątek, 13 maja 2016

Czy dzieci z RAD nie mają szans znaleźć przyjaciół?

Chociaż nie mam pełnego zaburzenia zerwanych więzi to jednak jakieś 90% objawów.
Ominęło mnie najgorsze, czyli kradzieże, brak empatii, potrafię przewidzieć skutki moich zachowań.

 Umiem budować relacje przyjacielskie. Tak więc nie jest powiedziane, że nie można. Na moją przyjaźń trzeba bardzo długo sobie zapracować, jednak jest to możliwe.
Nie znaczy to, że ufam moim przyjaciołom bezgranicznie, nie. Nie da się ufać całkowicie.
Zawsze pozostaje ta mała furtka.
Dzieci z RAD mogą znaleźć przyjaciół, jednak uzależnione jest to w dużej mierze od stopnia zaburzeń i od własnej samooceny. Jeżeli uważamy siebie za najgorszych, nie wartych ani miłości, ani przyjaźni to sami skazujemy się na brak przyjaciół.
Niektóre dzieci tłumaczą sobie porzucenie tym, że to one były złe, że to ich wina. Musiałby być albo niewystarczająco ładne, zdrowe, duże itp. Łatwiej im przyjąć to, że to ich wina, niż, że nie miały na to wpływu. Szukają powodu, którego do końca nie znają, lub nie są go pewni, bo przecież adopcja jest tajna. Im niższa samoocena tym trudniej znaleźć przyjaciół. Osoby z RAD także mają duże wymagania względem innych ludzi. Nie tylko przyjaciół ale i rodziców, a także potencjalnych partnerów. To również utrudnia budowanie relacji. Boją się kolejnego porzucenia, zawodu stąd ta ścisła selekcja.

Ciężkim zadaniem dla rodziców adopcyjnych jest zbudowanie prawidłowej samooceny dziecka. W moim przypadku rodzina wmawiała mi, że straciłam przyjaciółkę w podstawówce, bo źle traktuję rodziców. To wpędziło mnie w poczucie, że chyba faktycznie na nikogo nie zasługuję. Jednak 2 lata później spotkałam osobę z którą przyjaźnię się aż po dziś dzień. W zasadzie chyba bardziej ufam przyjaciołom niż rodzicom.

Czego jeszcze nie robić?
Nie szukajmy na siłę przyjaciół dziecku. Ciągłe podsuwanie kolejnych koleżanek i kolegów może paradoksalnie osłabić samoocenę dziecka. Jestem tak beznadziejny, że sam nie mogę sobie znaleźć przyjaciół.
Myślę, że w życiu na wszystko przyjdzie czas. Przyjaciele znajdą się, jeżeli będziemy otwarci ich przyjąć. Mimo, że oczywiście nie zaufamy im od razu. Tak więc zadaniem rodziców nie jest szukanie przyjaciół dziecku, lecz nauczenie budowania więzi z drugim człowiekiem, polepszanie samooceny pociechy. ZACHĘCANIE, a nie ZMUSZANIE.

 Nie wtrącajmy się zanadto w jego relacje, nie rozpowiadajmy sąsiadkom wzdłuż i wszerz, że nasze dziecko nie ma przyjaciół bo wpędzamy je tym w poczucie wstydu. A wstyd jest bardzo niszczącym uczuciem.
Nie należy także prosić dzieci aby się bawiły z naszym dzieckiem. Znam takie sytuacje, jednak nie dotyczyły one mnie, a mojej koleżanki z dzieciństwa. Jej Mama chodziła i w kółko prosiła byśmy się bawili z jej córką. To niestety powodowało, że patrzyliśmy na koleżankę jak na kalekę, i jak to małe dzieci byliśmy dla niej okrutni. A jej rodzicielka karmiła jej poczucie beznadziejności i wstydu.

Tak więc zachęcanie, a nie zmuszanie !